sobota, 7 lutego 2015

Wilkołacze sny (Når dyrene drømmer; When Animals Dream) (2014)

  Dziewiętnastoletnia Marie mieszka w odosobnionej duńskiej wiosce rybackiej ze swoim ojcem Thorem oraz przykutą do wózka inwalidzkiego matką w stanie komatycznym. Dziewczyna idzie do szpitala z powodu niepokojącego rumienia na piersi, ale lekarz nie potrafi zdiagnozować problemu od razu, każe jej więc przyjść ponownie po miesiącu. Młoda kobieta rozpoczyna pracę w zakładzie przetwórsta ryb, gdzie z wzajemnością zainteresowuje się Danielem, jednak pozostali koledzy nie są dla niej mili i codziennie wymyślają nowe "żarciki", żeby ją poniżyć. Tymczasem rumień wciąż się powiększa i do tego porasta owłosieniem, lecz nie są to jedyne zmiany, jakie zachodzą w dziewczynie... W nocy miewa ona dziwne, krwawe sny, a na jawie robi się coraz bardziej drażliwa i wybuchowa. Wydarzenia, które następują potem, wskazują na to, że objawy Marie mają wiele wspólnego ze stanem, w jakim znajduje się jej matka...


video

Reżyseria: Jonas Alexander Arnby
Scenariusz: Rasmus Birch
Obsada: Lars Mikkelsen, Jakob Oftebro, Sonja Richter
Muzyka: Mikkel Hess
Wytwórnia: AlphaVille Pictures Copenhagen
Premiera: 19 maja 2014 (Festiwal Filmowy w Cannes); 6 marca 2015 (Polska)
Kraj: Dania
Czas trwania: 81 minut


  Już po samym tytule z grubsza wiemy, o czym traktują Wilkołacze sny, lecz niestety, polscy tłumacze nie popisali się w tym przypadku wyczuciem, ponieważ oryginalny tytuł Når dyrene drømmer ("gdy zwierzęta śpią") miał wzbudzać zainteresowanie widza i równocześnie trzymać przed nim w tajemnicy główny wątek filmu. Tak więc siadamy do seansu z umysłem skalanym tym niepotrzebnym spoilerem, i kiedy widzimy główną bohaterkę zaniepokojoną swoim powiększającym się rumieniem na piersi, pozostaje nam tylko czekać, aż wilkołacza natura dziewczyny ujawni się w pełnej krasie. Tak też się dzieje, ale dopiero na końcu, które jest krwawym apogeum pęczniejącego napięcia, wyczuwalnego już od pierwszych ujęć. Walory wizualne Wilkołaczych snów z pewnością są jednym z najważniejszych czynników przytrzymujących widza w fotelu, gdyż nad estetyką scenografii i zdjęć można się zachwycać w nieskończoność. Fabuła rozpoczyna się spokojnie, leniwie, doskonale odzwierciedlając zarówno zimny klimat nadmorskiej duńskiej miejscowości, gdzie ma miejsce cała akcje, jak i chłodne usposobienie jej mieszkańców...



  Marie ma dziewiętnaście lat i mieszka z rodzicami w niewielkim domku. Młoda kobieta dużą część dnia spedza na opiece nad swoją niepełnosprawną matką, która od wielu lat znajduje się w dziwnym, paralitycznym stanie całego ciała. Nadszedł jednak czas, aby Marie w pełni wkroczyła w dorosłość i rozpoczęła pracę w zakładzie przetwórstwa ryb, gdzie pracuje większość mieszkańców miejscowości. Niestety, inni pracownicy nie są zbyt przychylnie nastawieni do nowej dziewczyny, a najbardziej cięty z nich - Esben - okazuje swoją antypatię poniżając ją prymitywnymi odzywkami oraz głupimi żartami, jak popchnięcie prosto do zbiornika pełnego śmierdzących rybich odpadów. Marie nie czuje się dobrze w takim towarzystwie, z wyjątkiem Daniela, z którym potem rozpoczyna romans, i przyjacielem Felixem. Jednak bohaterka nie daje się sprowokować nieprzyjaznym zachowaniem kolegów, codziennie z podniesioną głową stawia się na stanowisku pracy i wykonuje, co do niej należy. Wkrótce zarówno dla Marie, jak i dla nas, powody wrogości rybaków stają się oślepiająco jasne...




  Marie odkrywa, że to, co obecnie dzieje się z jej ciałem, przed laty stało się również jej matce i że jest to powiązane z niedołężnym stanem rodzicielki. Mieszkańcy miasteczka wiedzą o prawdziwej naturze kobiety na wózku inwalidzkim, na przemianę jej córki czekają więc jak na wyrok śmierci... Niestety dla nich, zwierzęce wnętrze Marie zaczyna uwydatniać się coraz bardziej, co w końcu zmusza ich do podjęcia względem niej radykalnych kroków, dla bezpieczeństwa ich małej społeczności oczywiście. Przesłanie, jakie kryje za sobą scenariusz, nie jest skomplikowane - w oddalonym od wielkomiejskiego chaosu miasteczku rybackim wciąż panują konserwatywne zasady hierarchicznego podporządkowania kobiet mężczyznom. Matka Marie, będąc wilkołakiem, miała czelność przekroczyć granice swojej skromnej pozycji, musiała więc zostać doprowadzona do porządku siłą... Jej córka dorosła i teraz również zaczyna pozwalać sobie na zbyt wiele, zatem zaściankowa społeczność, do której (chcąc nie chcąc) należy, poczuwa się w obowiązku  zdyscyplinować kolejną "nieposłuszną" kobietę i pokazać jej, gdzie jej miejsce...




  Wilkołacze sny pod wieloma wzgledami mają więcej cech dramatu psychologicznego, aniżeli horroru. Gdyby nie wątek przemiany Marie w krwawą bestię, film z powodzeniem można by było zaklasyfikować do tego gatunku, ale dzięki świetnemu wyczuciu reżysera - Jonasa Alexandra Arnby - scenariusz poruszający przyziemne, wyeksploatowane do szpiku kości tematy zaowocował nietuzinkowym obrazem, który mimo wszystko z czystym sumieniem można uznać za jeden ze skarbów skandynawskiego kina grozy. Widz nie zazna tutaj szybko rozwijającej się akcji, dialogów naładowanych emocjami czy scen gore. Podejście Arnby jest bardzo minimalistyczne - akcja toczy wręcz leniwie, dialogów jest jak na lekarstwo, a charakteryzacja Marie po przemianie jest bardzo skromna. Takie rozwiązania jednak nie mogły lepiej stworzyć złowrogiego klimatu wszechobecnego chłodu i ludzkiej znieczulicy. Przepiękne ujęcia zimnych fal morskich rozbijających się o brzeg, wiecznie zachmurzonego nieba o nieprzyjaznym, metalicznym zabarwieniu, opustoszałych dróg, gdzie jedynym stałym gościem jest przenikliwy wiatr... Wszystkie uderzają majestatyzmem, który wiele dodaje do ostrego poczucia grozy, i doskonale przy tym odzwierciedlają naturę postaci żyjących w tym bezwzględnym, surowym otoczeniu.




  Marie nie uzewnętrznia swych uczuć - w końcu została wychowana w chłodzie oddalonej od świata wioski rybackiej, gdzie przesadna barwność charakteru u kobiet nie jest mile widziana. Aktorka, która wcieliła się w rolę młodej wilkołaczki - Sonia Suhl - z powodzeniem przedstawiła swoją grą tę z pozoru flegmatyczną dziewczynę. To, że główna bohaterka nie okazuje tego, co dzieje się wewnątrz niej, nie znaczy, że nie dzieje się tam nic. Liczne zbliżenia na twarz Marie mają na celu pokazanie całej gamy emocji, jakie trawią ją od środka, a Suhl wywiązała się ze tego trudnego zadania wyśmienicie. Twarz aktorki pozostaje kamienna przez większość filmu, lecz jej oczy to zupełnie inna bajka, gdyż to one swoją niesamowitą ekspresywnością stawiają się w centrum skupienia widza, pokazując mu, w jakim kerunku dryfują myśli postaci. W moim odczuciu taki minimalizm ekspresyjny sprawdza się o wiele lepiej od przesadzonego manieryzmu, jaki niestety często charakteryzuje średnio uzdolnionych aktorów występujcych w filmach grozy.




  Jeśli chodzi o to, co wielbiciele horrorów lubią najbardziej, czyli krwawe momenty, to w Wilkołaczych snach nie ma ich wiele, do tego zostały nakręcone dość skromnie, bez skupiania się na szczegółach brutalnych ataków Marie-wilkołaka na swoje ofiary. Jednak dzięki temu film został utrzymany w ramach czystego horroru, z poszanowaniem dla realizmu, unikając popadnięcia w śmieszność i tym samym zboczenia na tor czarnej komedii. Sceny mordów pasują do ogólnej atmosfery obrazu ze względu na swoją sterylność oraz zimny charakter, lecz równocześnie ich szybkość przyjemnie kontrastuje z powolnością rozwoju fabuły. Zakończenie nie jest spektakularne i nie serwuje publice żadnego konkretnego morału, pozostawiając odpowiedzenie na wszelkie pytania widzowi, co moim zdaniem też pozytywnie wpływa na jakość całości, w przeciwieństwie do naiwnego wątku miłosnego pomiedzy Marie i Danielem, który pod koniec został zdecydowanie przesłodzony, a jego znaczenie niepotrzebnie napompowane do zbyt wielkich rozmiarów.




  Wilkołacze sny są jednym z lepszych filmów grozy roku 2014, jakie dane mi było zobaczyć. Obraz ten zdecydowanie różni się od bardziej mainstreamowych, komercyjnych amerykańkich pozycji, jakie masowo zalewają kina i dyski twarde fanów horrorów na całym świecie. Jeśli wziąć pod uwagę przepiękne zdjęcia, to styl reżysera można bez wątpliwości nazwać sztuką, a fakt, że jest to jego debiut, tym bardziej świadczy o zawodowym talencie Arnby. Nie jest to jednak film dla każdego, zwłaszcza jeśli nie przepada się za powolnymi, minimalistycznymi dziełami pełnymi milczących sekwencji i subtelnych aluzji do odczuć bohaterów. Polecam tym, którzy mają ochotę zatopić się w niecodziennie przedstawionym, codziennym świecie "przeklętego" kobiecego jestestwa.

~~~

Zapraszam do śledzenia mojego profilu na filmweb.pl.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz

Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...