środa, 25 lutego 2015

Thanatomorphose (2012)

  Młoda kobieta właśnie wprowadziła się do nowego mieszkania, gdzie na noc często zachodzi do niej jej gwałtowny chłopak, który lubi od czasu do czasu podnieść na nią rękę. Podczas wyjątkowo brutalnego seksu, dziewczyna nabawia się siniaków, ale nie przejmuje się tym zbytnio, najwyraźniej przyzwyczajona do takiego stanu rzeczy. Oddaje się ona swoim codziennym zajęciom, jak sprzątanie, gotowanie, makijaż i wyjścia do pracy. Pasja, która kiedyś pozwalała jej rzeźbić, całkowicie się ulotniła, odmówiono jej stypendium na studia, a jej ostatnie dzieło stoi i kurzy się nieskończone w schowku. Dziewczyna potrafi znaleźć ujście dla swoich ledwo już zipiących emocji jedynie w orgazmie, którego sama sobie dostarcza co noc. Nawet fakt, że siniaki ciemnieją i rozprzestrzeniają się coraz bardziej, a włosy i paznokcie wypadają, nie jest w stanie wzbudzić w niej większego zainteresowania. W końcu zamyka się na cztery spusty w mieszkaniu, całkowicie odcinając się od świata zewnętrznego, po to by w samotności być świadkiem stopniowego gnicia swojego ciała...


Reżyseria: Éric Falardeau
Scenariusz: Éric Falardeau
Obsada: Kayden Rose, Émile Beaudry, Eryka Cantieri, Roch-Denis Gagnon
Wytwórnia: Black Flag Pictures, ThanatoFilms
Dystrybucja: Bounty Films
Premiera: 4 października 2012 (świat)
Kraj: Kanada
Czas trwania: 95 minut


  Słowo "thanatomorphose" ("tanatomorfoza") wywodzi się z greki - "thanatos" ("śmierć") + "metamorphosis" ("przemiana") - i oznacza zmiany, jakie następują w organizmie po śmierci, czyli po prostu naturalny rozkład martwych komórek. Fabuła Thanatomorphose, debiutanckiego obrazu Érica Falardeau, w całości traktuje właśnie o tym prostym, acz sugestywnym temacie. Jest mieszkanie, w nim dziewczyna, od czasu do czasu pojawiający się chłopak... i to wszystko. Postacie są bezimienne, włącznie z główną bohaterką, ale to nie ma znaczenia, bo w końcu przecież i tak to nie imię określa człowieka... Film jest podzielony na trzy części, z czego pierwsza i zarazem najdłuższa prezentuje nam protagonistkę oraz jej miałkie, puste życie. Apogeum dnia ma dla niej miejsce podczas cowieczornej masturbacji, następującej po tym, gdy jej wymagający uległości "ukochany" opuszcza mieszkanie. Kiedyś lubiła rzeźbić i z tego tytułu stara się nawet o stypendium na studia, ale na przeszkodzie do realizacji kariery artystki stoi niemoc twórcza; dziewczynie już nawet nie zależy na swojej pasji. Nic jej się nie chce, a seks z chłopakiem uprawia chyba tylko z braku czegoś lepszego do roboty. Pewien brutalny stosunek płciowy zapoczątkowuje u niej tanatomorfozę za życia, postęp której jest głównym (i jedynym) wątkiem fabuły.


  Thanatomorphose może wydać się strasznie nudnym filmem, zwłaszcza podczas pierwszych pięćdziesięciu minut seansu, w których nie dzieje się praktycznie nic: dziewczyna chodzi po domu nago lub w samej bieliźnie, rozpakowuje kartony, sprząta, gotuje, myje się, a w przerwach wypadają jej włosy i paznokcie, czym jednak nie przejmuje się zbytnio. Chociaż wiadomo, że nie szykuje się dla niej nic dobrego, a wiszące nad nią "przekleństwo" można wyczuć już od samego początku, to trzeba spojrzeć prawdzie w oczy - oglądanie codziennych czynności domowych jakiejś obcej osoby, której nie znamy nawet imienia, do najciekawszych rzeczy nie należy... dlatego pewnie film zbiera głównie negatywne opinie. Krytyków zachwalających obraz Falardeau jest niewiele, co łatwo zrozumieć, gdyż Thanatomarphose z pewnością nie zachwyca w podręcznikowym znaczeniu tego słowa.




  Od samego początku akcja toczy się leniwie. Fabuła skupia się praktycznie tylko na głównej bohaterce, przez cały film zamkniętej w domu, a dwie postacie drugoplanowe - chłopak i napalony adorator - służą jedynie pełnemu zarysowaniu stanu mentalno-duchowego dziewczyny. Częścią tragedii bohaterki jest jej niemożność ustanowienia bliskości emocjonalnej z otaczającymi ją ludźmi... Wygląda nawet na to, że nie potrafi ona nawiązać kontaktu z samą sobą. Dziewczyna jest osowiała, beznamiętna i ciągle znudzona, lecz nie chce jej się próbować przerwać tej nudy. Jedyna prawdziwa pasja - rzeźbiarstwo - już nie cieszy. Seks z chłopakiem to tylko przykry obowiązek i równocześnie jedyny sposób, by utrzymać go przy sobie. Siniaki, jakich dziewczyna nabawia się podczas jednej z wielu "namiętnych" nocy, też nie są niczym wyjątkowym - chłopaka po prostu czasami ponosi. Jednak tym razem rany nie goją się. Dziewczyna jest martwa w środku, jej ciało musi więc zgnić jak zwykłe zwłoki.




  Chociaż pierwsza część filmu, w której objawy rozkładu nieśmiało dają o sobie znać (pierwszy paznokieć odpada po ok. dziesięciu minutach), nie należy do dynamicznych czy wyjątkowo wciągających, to przekaz jest bezwzględnie bezpośredni - życie dziewczyny jest puste, tak samo jak ona sama. Nicość jest wykrzykiwana widzowi prosto w twarz w każdej scenie i ujęciu, w każdym dialogu i ciszy: puste mieszkanie, puste łóżko, pusty człowiek... Człowiek, który ze swoją wewnętrzną próżnią już dawno się pogodził i nie ma zamiaru jej zapełniać, ponieważ nawet nie wie jak. Klimat ten jeszcze bardziej podkreślają utwory w wykonaniu skrzypków pogrzebowych pod dyrektą Rohana Kriwaczek - brytyjskiego kompozytora uznawanego za autorytet w dziedzinie skrzypcowej muzyki żałobnej. Beznadzieja i śmierć biją odbiorcę zarówno po oczach, jak i uszach, co zaraz przed przejściem do drugiej części obrazu osiąga poziom prawie nie do wytrzymania...




  Thanatomorphose w końcu nabiera "troszkę" odmiennego charakteru. Nadal mamy dziewczynę, zamkniętą w domu, samotną... Ale coraz bardziej odrażającą, zgniłą, szaloną i zdesperowaną. To tutaj uświadczymy gore z prawdziwego zdarzenia, na pewno będącego w stanie złamać każdego twardziela mogącego poszczycić się stalowym żołądkiem. Wykonawcom charakteryzacji niewątpliwie należy się wielkie uznanie i szacunek za wykwintny kunszt zawodowy, który w dziele Falardeau zaowocował tak niezwykłym realizmem. Ciało dziewczyny z dnia na dzień wygląda coraz wstrętniej, staje się czarne i oślizgłe, zaczynają żywić się nim larwy, czemu my możemy się przyglądać do woli nie tracąc ważnych szczegółów, bo wszystko zostaje nam zaserwowane za pomocą licznych zbliżeń. Najpierw odpadają palce, uszy, a potem cała ręka. Młoda kobieta skrzętnie dokumentuje swój proces rozkładu, robi zdjęcia i przechowuje swoje nadgniłe organy w słoikach. Wszyscy fani soczystych, trupich widowisk podczas seansu prawdopodobnie będą piać z zachwytu, oczywiście jeśli wymioty w przełyku pozwolą im na artykulację dźwięków.




  Trzecia część filmu, najkrótsza, to praktycznie już samo zakończenie. Thanatomorphose to nie Hollywood, nie ma więc co liczyć na niespodziewane zwroty akcji. Pustka, śmierć i zgnilizna towarzyszą głównej bohaterce od początku do samego końca. Jest rozkład... i nic. Życie nie ma sensu, bo i tak wszyscy przejdziemy tanatomorfozę i nawet przyklejaniem ramienia na taśmę klejącą niewiele zdziałamy. Dziewczyna nie jest wyjątkiem - ona zawsze o tym wiedziała i pogodziła się z losem zawczasu, zrezygnowana kładąc się do trumny za życia. Cała fabuła to jedynie opowieść o młodej kobiecie, która w depresji i zapomnieniu pozwola sobie umrzeć. Wielu zarzuca Falardeau, że taki scenariusz to żaden scenariusz, a wykonanie też mierne, bo co to za pomysł, żeby kręcić film z praktycznie tylko jedną postacią i osadzić całą akcję w jednym mieszkaniu? Za formą Thanatomorphose z pewnością stoi głodowy budżet, ale czy przeszkodził on reżyserowi w zrealizowaniu swojej wizji, albo w rzuceniu jej z impetem publice prosto w wykrzywione obrzydzeniem twarze? Dla mnie odpowiedź brzmi: nie! Ba, brak funduszy jeszcze pomógł twórcom wprawić w ruch kreatywność, co zaowocowało przytłaczającym, klaustrofobicznym obrazem o duszącej atmosferze, przystrojonym tak boskimi efektami praktycznymi, że można bez wyrzutów sumienia pozwolić swojej szczece  opaść z hukiem na podłogę.




  Thanatomorphose - ja jestem zdecydowanie na tak! Muszę przyznać trochę racji malkontentom głoszącym, jaki to ten film nie jest nudny i bez treści, a gra aktorska beznadziejna, gdyż nie da się zaprzeczyć, że pierwsza część może nużyć i wszystko, poza krwawymi scenami, jest sprowadzone do ekstremalnego minimalizmu. Uważam jednak, że ocenianie obrazu Falardeau przez pryzmat jego czynników pierwszych mija się z celem. Ten film nie jest po to, żeby w podnieceniu śledzić pasjonujące wybryki bohaterów. Jako widzowie mamy dać się ściągnąć dziewczynie na samo dno jej umysłu w depresji, poczuć razem z nią izolację od świata i bezpieczeństwo, jakie iluzorycznie daje jej klaustrofobiczna przestrzeń nieumeblowanego mieszkania. Słuchając muzyki żałobnej mamy oddać się myślom o śmierci i bezsensownej wegetacji, stwarzającej pozory prawdziwego życia, a patrząc na stopniowy rozkład bohaterki mamy czuć żal i obrzydzenie, przerażeni jej obojętnością. Emocje, jakie płyną z seansu trudno jest opisać słowami, ale jedno jest pewne - Thanatomorphose jest filmem, który sięga do naszego wnętrza i zostawia tam swój trwały ślad. Jedyną "wadą" obrazu, uniemożliwiającą mu zdobycie szerszego uznania, jest to, że zarówno pod względem formy, jak i treści, nie jest on dla każdego, a i fanom niekonwencjonalnego, niszowego kina polecałabym sięgnąć po tę pozycję jedynie, jeśli właśnie są w wyjątkowym nastroju na mocne, odstręczające w swej dosłowności dzieło.

~~~

Zapraszam do śledzenia mojego profilu na filmweb.pl.

8 komentarzy:

  1. Od czasu seansu moim zdaniem znakomitego "Contracted", który ponoć inspirował się "Thanatomorphose" nie mogę się doczekać, żeby to obejrzeć. Tym bardziej teraz, po lekturze Twojej entuzjastycznej recenzji. Niestety, z dystrybucją w Polsce kiepsko, więc pewnie przyjdzie mi jeszcze trochę poczekać:/

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Po obejrzeniu obu filmów stwierdzam, że "Thanatomorphose" jest lepszy od "Contracted", ponieważ nieporównanie intensywniej ryje banię. Nie jest to jednak film, który ogląda się dla rozrywki. Na mnie wpłynął tak mocno, że raczej nieprędko do niego wrócę, bo aż czuję, że muszę odpocząć.
      Skoro w Polsce jest niedostępny, to może uda Ci się zdobyć wersję w oryginale? Dialogów i tak praktycznie prawie tutaj nie ma, więc napisy nie są niezbędne XD

      Usuń
  2. Widziałem to parę tygodni temu.

    "Taki stan rzeczy nie przeszkadza bohaterce z masturbacji, z czego nadal czerpie fizyczną przyjemność - teraz naprawdę jedyne, co jej zostało."

    Mi się wydawało, że to jej masturbowanie w stanie rozkładu było spowodowane tym, że scenę wcześniej zabiła swojego chłopaka (bo jeszcze wcześniej film pokazuje jak traci zainteresowanie seksem i dopiero po tym zabójstwie czerpie z tego przyjemność), i to ma być taką krytyką na współczesne społeczeństwa. Znaczy się że wszyscy jesteśmy tacy znudzeni, chyba że dochodzi do przemocy, wtedy się podniecamy. Czy coś takiego? Nie wiem...

    Ten film jest nieźle pretensjonalny. Widać że nakręcił to młody koleś po studiach filmowych. Ale ogólnie nawet mi się podobał.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. "Mi się wydawało, że to jej masturbowanie w stanie rozkładu było spowodowane tym, że scenę wcześniej zabiła swojego chłopaka [...]"
      Hmm, nie pomyślałam o tym, bo zanim zaczęła gnić masturbowała się i miała przyjemność, jako rozkładające się zwłoki też robiła to więcej niż raz, więc jakoś nie połączyłam tego konkretnie ze śmiercią chłopaka. No, ale cozywiście nie wiem XD

      "Ten film jest nieźle pretensjonalny."
      Zgadzam się - silenie się na artyzm bije po oczach XD Ale ja "wchłonęłam" ten film jako całość, ze wszystkimi jego wadami i zaletami, i zagrał on na moich emocjach, a horrory rzadko tak na mnie oddziałowują :) Dla mnie więc produkcja jest udana :)

      Usuń
    2. Może źle to zapamiętałem, ale wydaje mi się, że przy tej pierwszej scenie masturbacji jest taka znudzona i mechaniczna, i rozprasza ją ten zaciek na suficie. A przy drugiej, po zabójstwie chłopaka, już jest in the zone, i zaciek zaczyna wyglądać jak pochwa.

      BTW, zaciek wyglądajacy jak pochwa jest the best :D

      Usuń
    3. Aż obejrzałam sceny masturbacji jeszcze raz, bo też zapomniałam szczegółów XD Za pierwszym razem dziewczyna widzi zaciek(który jak dla nie już wtedy wyglądał jak pochwa XD) i zaczyna się masturbować. Rzeczywiście, minę ma raczej obojętną. Za drugim razem też nie wyszło, bo bohaterka już była mocno podgniła i pod wpływem dotyku z tamtych rejonów obwicie popłynęła krew. Trzeci raz, kiedy robi to myśląc o zabójstwie chłopaka, trwa najdłużej, a po wszystkim dziewczyna zaczyna nawet rzeźbić, lecz niestety nie udaje jej się. Tak więc dobrze piszesz, że morderstwo pobudziło ją do życia, choć na krótko. Możliwe też, że bohaterka na chwilę poczuła się "żywa", bo w końcu wzięła sprawy w swoje ręce i pokonała swojego oprawcę, którego poczynania wcześniej akceptowała na zimno. Zachowała się brutalnie, ale w końcu zdobyła się na jakąś reakcję.

      "BTW, zaciek wyglądajacy jak pochwa jest the best :D"
      Jak zabaczyłam plakat, to pomyślałam, że to po prostu JEST zwykła pochwa ;)

      Usuń
    4. W ogóle zapomniałem o tej drugiej scenie :)

      "Możliwe też, że bohaterka na chwilę poczuła się "żywa", bo w końcu wzięła sprawy w swoje ręce i pokonała swojego oprawcę, którego poczynania wcześniej akceptowała na zimno. Zachowała się brutalnie, ale w końcu zdobyła się na jakąś reakcję."

      Całkiem możliwe. Film ma sporo scen, które wydają się być komentarzem na temat traktowania kobiet.

      Usuń
  3. Szczerze to nawet o tym filmie nie słyszałam, ale z chęcią go zobaczę skoro polecasz :) Jestem ciekawa tego obrazu. Pozdrawiam

    OdpowiedzUsuń

Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...