środa, 21 października 2015

The Green Inferno (2013)

  Justine dołącza do grupy aktywistów, z którą wkrótce leci do Peru, aby uratować zagrożone plemię tubylców, jednak na miejscu sprawy przybierają zły obrót - studenci zostają porwani przez szczep kanibali.

  Eli Roth, mimo iż nie ma na swoim koncie wielu horrorów, skutecznie wsławił się wśród zagorzałych wielbicieli gatunku - Śmiertelna gorączka, Hostel i Hostel, część II w zupełności wystarczyły, aby na stałe wpisał się na listę twórców filmów grozy. Tym razem reżyser powrócił z dziełem inspirowanym włoskim nurtem kanibalistycznym późnych lat 70. i wczesnych 80., do którego zaliczają się takie pozycje jak Cannibal Holocaust (1980) czy Cannibal Ferox (1981). The Green Inferno jednak w żadnym wypadku nie małpuje bezmyślnie swoich kultowych poprzedników, a łączy w sobie zaczerpnięte z nich elementy z charakterystyczną stylistyką autorską Rotha. Naprawdę bez wyrzutów sumienia, z ręką na sercu można stwierdzić, że efekt końcowy pracy filmowca nad tym projektem jest zaskakująco dobry.



Reżyseria: Eli Roth
Produkcja: Eli Roth, Miguel Asensio, Nicolás López, Christopher Woodrow, Molly Conners
Scenariusz: Eli Roth, Guillermo Amoedo
Historia: Eli Roth

Obsada: Lorenza Izzo, Ariel Levy, Daryl Sabara, Kirby Bliss Blanton, Sky Ferreira, Magda Apanowicz
Muzyka: Manuel Riveiro
Wytwórnia: Worldview Entertainment, Dragonfly Entertainment, Sobras International Pictures
Dystrybucja: Blumhouse Tilt, Universal Pictures
Premiera: 8 września 2013 (Międzynarodowy Festiwal Filmowy w Toronto); 25 września 2015 (USA)
Kraj: USA, Chile
Czas trwania: 100 minut


  Chociaż The Green Inferno nie należy do filmów, które mogą się pochwalić głębokim przesłaniem, Roth ociera się o temat bliski dwudziestopierwszowiecznej widowni - pasywny, facebookowo-twitterowy aktywizm. Bohaterowie obrazu mają swoje ideały. Może nieco naiwne, ale mają i są im jako tako wierni, a okazują to licznymi demonstracjami na terenie kampusu uczelni, na której studiują, oraz (przerywanymi regularnymi posiłkami) strajkami głodowymi. Justine (Lorenza Izzo) początkowo zupełnie nie ciągnie do takich klimatów, jednak dołącza do grupy, kiedy zauracza się jej charyzmatycznym liderem - Alejandro (Ariel Levy). Wyprawa do Peru jest zupełnie nieprzemyślana przez protagonistów (no bo jak kilku studenciaków może oczekiwać, że przywiążą się do paru drzew i ogromna korporacja od razu zrezygnuje z wycięcia części amazońskiej dżungli oraz wybicia zamieszkującej ją ludzi?), lecz przynajmniej faktycznie ruszają tyłki sprzed komputerów, w przeciwieństwie do większości współczesnych "dobroczyńców". Ich celem jest nagłośnienie problemu, z którym walczą, poprzez nagranie telefonami tego, co się wyrabia, i wrzucenie kompromitującego materiału do sieci. Sukces oczywiście zostaje osiągnięty, gdyż żaden wrażliwy użytkownik Facebooka nie odmówi like'a w imię szlachetnej sprawy. Burza w Internecie jednak nie wystarczy, aby zmienić świat, o czym nasi aktywiści przekonują się w wyjątkowo brutalny sposób...



  Na punkt zwrotny musimy czekać przez około 40 minut, podczas których reżyser sprawnie zbudował klimat zbliżającego się wielkimi krokami zagrożenia, między innymi pokazując przebieg niebezpiecznej misji młodych Amerykanów, odbywającej się w samym środku pięknej, choć złowieszczej peruwiańskiej dżungli. Po skończonej akcji bohaterom nie dane jest wrócić do cywilizacji i ulubionych kawuś ze Starbucksa - na przeszkodzie staje to samo plemię kanibali, które chcieli uchronić przez zgubą. Tutaj nareszcie dostajemy naszą upragnioną makabrę, i to w jakim wydaniu! Graficzna scena rozczłonkowywania pierwszego wybranego na posiłek pechowca ze szczegółami przedstawia wszystkie etapy rytuału wśród przeszywających wrzasków "pacjenta", które pewnie sprawią, że nawet najtwardsi widzowie zechcą zasłonić oczy. Potem dostajemy jeszcze kilka zacnych momentów, niektóre z nich są dość mocne, lecz niestety nie dorównują bestialstwem zaserwowanej nam na wstępie perełce (nie jest to ujma - są po prostu mniej ekstremalne, ale wciąż mogą szokować dosłownością). Fanów włoskich obrazów kanibalistycznych ubiegłego wieku zapewne ucieszy fakt, że krwawe motywy w filmie Rotha utrzymane są w konwencji tegoż gatunku. Do ich realizacji zostały użyte niezwykle realistyczne rekwizyty i chociaż jest odrobina pikselowej krwi, przemyka ona jedynie gdzieś w bardziej chaotycznie zmontowanych scenach, "tradycjonalistom" nie powinna więc zbytnio zaburzać uczucia podziwu, jaki niewątpliwie należy się wykorzystanym tutaj efektom praktycznym.




  Z gęstą atmosferą zaszczucia, jaka towarzyszy nam praktycznie od samego początku po to, by nasilić się do granic możliwości po uwięzieniu bohaterów, oraz uderzającym swoją graficznością gore kontrastuje spora dawka lekko absurdalnego humoru, jakże typowego dla Rotha. Jest kilka scen, które mogą zaskoczyć widownię pozornym oderwaniem od tonu filmu, jak np. oddawanie stolca przez jedną z dziewczyn albo Alejandro masturbujący się w najmniej do tego odpowiedniej chwili. Ktokolwiek lubi motyw chłopca dopominającego się o naleśniki w Śmiertelnej gorączce, ten powinien docenić podobne zabiegi w The Green Inferno. Mimo iż na pierwszy rzut oka wydaje się, że są to zupełnie bezcelowe, trochę głupkowate scenki, niektóre z nich wzmacniają w nas pewne emocje - współczucie wobec postaci, odrazę, niepokój itd. - inne natomiast mają za zadanie wyłącznie śmieszyć, co robią z powodzeniem, nie zasługują zatem na całkowite potępienie.




  Survival International (brytyjska organizacja broniąca praw człowieka) zarzuca The Green Inferno, że promuje kolonialistyczne i neokolonialistyczne poglądy, przedstawiając amazońskie plemię jako brutalne, niecywilizowane i wręcz nieludzkie. Roth zaprzecza tym insynuacjom twierdząc, że nieprawdopodobne jest, aby fikcyjny lud z horroru wywoływał nienawiść odbiorców do zamieszkujących południowoamerykańskie dżungle tubylców. Oskarżenia ze strony Survival sprawiają wrażenie naciąganych, jako że wydźwięk obrazu wskazuje na odwrotne przesłanie. Reżyser w lekki sposób piętnuje bezmyślność pseudoaktywistów, którzy chcą "ratować świat" albo samym wygłaszaniem swojego zbulwersowania, albo zupełnie nieskutecznymi metodami, robiącymi tylko puste, do niczego nieprowadzące zamieszanie w mediach. Niebazowane na żadnym solidnym planie działania bohaterów nie tylko niczego nie zmieniają na lepsze, lecz także doprowadzają do zguby naiwniaków, pokazując, że lepiej by zrobili, gdyby po prostu nie wtrącali nosa w sprawy, które ich nie dotyczą i na których kompletnie się nie znają. Aczkolwiek podejściu Rotha do tematu daleko jest do poważnego, przemyślanego moralizowania, na pewno nosi ślady krytyki, która wcale nie jest skierowana w stronę "barbarzyńskich" grup etnicznych, tylko do zachodnich społeczeństw, zbyt często niesłusznie uważających się za "bardziej rozwinięte" i z tej racji uprawnione do rozkazywania kulturom niepodzielającym ich wartości etycznych.




  Seans The Green Inferno niewątpliwie będzie czystą przyjemnością nie tylko dla wielbicieli włoskiego nurtu kanibalistycznego i twórczości Rotha, lecz także dla całej reszty grozomaniaków, złaknionych ostrzejszego obrazu, który by zaniepokoił klimatem i przyprawił o gęsią skórkę bezlitosnym gore. Jakby walorów rozrywkowych było mało, film ma również coś ciekawego do powiedzenia i wcale nie próbuje tego zrobić przedabrzając z pseudogłębokimi przesłaniami, zbędnymi w tym podgatuku horroru. Wykonanie krwawych scen cieszy oko, a fabuła wciąga pomimo swej prostoty. Aczkolwiek nie jest to specjalnie innowacyjne kino wysokich lotów, ci, którzy dali się porwać Śmiertelnej gorączce albo Hostelowi, powinni być jak najbardziej usatysfakcjonowani poziomem kolejnego dzieła Rotha.

~~~

Powyższa recenzja znajduje się również na filmweb.pl (link).
Zapraszam do śledzenia mojego profilu na portalu.

15 komentarzy:

  1. Gdzie obejrzałaś? Roth, kanibale i myślę, że piękne krajobrazy i widoki, to mieszanka, którą muszę obejrzeć.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Jest dostępny w necie od kilku dni (łatwo znaleźć), ale niestety wersji z polskimi napisami jeszcze nie ma. Moim zdaniem naprawdę warto zobaczyć, osobiście spodobał mi się bardziej niż "Hostel".

      Usuń
    2. Dla mnie angielski to nie jest kłopot. na pewno znajdę, Pozdrawiam.

      Usuń
  2. Obejrzane ( z rzeczonego , rumuńskiego HD streamu ) . Nie podzielam Twojego entuzjazmu, film grubo poniżej oczekiwań. Najbardziej mierziły mnie beznadziejne, cyfrowe zdjęcia z ohydnie przesterowanymi kolorami , przez co całe bogactwo plenerowej ekspozycji zostało zredukowane do oczojebnej , kwasiarskiej zieleni na cały kadr , jeszcze ich wszystkich poubierali w kanarkowe kombinezony , co non stop wypełnia plan pierwszy - to wszystko tworzy razem sztuczną i potwornie tandetną paletę - przecież film to obrazy, to ich charakter wpływa w pierwszej kolejności na odbiór ! Amazońska dżungla, to kurwa nie to samo, co reklama piwa, czy margaryny żeby tak niszczyć kolory , nawet sobie nie wyobrażam, jak mogłyby wyglądać filmy Deodato, czy Herzoga z takimi gaciowatymi zdjęciami.
    Do tego puszczona, niechlujna realizacja, co chwilę typowo found footage'owe gubienie i szukanie ostrości ( niczym nie uzasadnione - typowa reżyserska olewka ) , ogólnie praca kamery , kadrowanie, operowanie światłocieniem , drugim planem, tym wszystkim, co daje naturalna aura pory dnia i pogody - BIEDNE jak nie powiem co.
    Z kolei wytapetowane na czerwono plemię, przyjąłem z dobrodziejstwem inwentarza ; to była jakaś kreacja, jakaś odrealniona wizja , coś przydającego ,, osobowości'' filmowi. Ale i tu były dziwne dziury - dla czego w tym ( w końcu matriarchalnym ) trajbie w ogóle nie było kobiet, poza paroma staruchami ? A jak już jakaś mignęła przez pół sekundy na drugim planie, to jakim prawem miała zasłonięte cycki ? Przecież to nie klasztor. Faktor makabry w drugiej połowie filmu zaskakująco niski - jedna porządna, bardziej spektakularna scena gore ( choć sprowadzająca się do serii z szybko zmontowanych detali ) , jedna auto-tracheotomia i...... CGI mrówki ! Myślałem, ze mnie chuj strzeli , czegoś tak gównianego się nie spodziewałem . To jest kinematograficzny badziew roku . CGi jaguar nie wiele lepszy. Poza tym to wszystko leci na bardzo słabej dramaturgii, nie ma napięcia, grozy, porządnie skonstruowanych scen wystawiających na próbę nerwy..
    A pomysł z nadzianiem ganją trupa , żeby się kanibale ujarali jak go zjedzą i to uśpi ich czujność, po prostu zmilczę.
    Brak choćby szczątkowego podjęcia wyzwania, jakie rzucił kiedyś Riz Ortolani, też.
    Ogląda się to jednak bez znudzenia , ale może bardziej przez ciekawość , co tu jeszcze dostaniemy ?
    Podsumowując ; Deodato zachowuje pas mistrza, Sergio Martino z ,, Górą Boga Kanibali'' dalej drugi na podium .
    Jedyne novum z jakim Roth wchodzi do krainy kina kanibalistycznego to brandzel , antygrawitacyjny CGI paw w awionetce i zlaptane pory.
    2/6








    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Hehe, jakie ostre słowa, widzę, że film zupełnie do Ciebie nie trafił :P

      "Najbardziej mierziły mnie beznadziejne, cyfrowe zdjęcia z ohydnie przesterowanymi kolorami [...]"
      Mnie kolorystyka zdjęć w ogóle nie raziła. Widzę oczywiście, że kolory podrasowano, ale moim zdaniem "oczojebny" to przesadzone określenie. Oczopląsu w trakcie seansu nikt nie dostanie (chyba).

      "Do tego puszczona, niechlujna realizacja, co chwilę typowo found footage'owe gubienie i szukanie ostrości ( niczym nie uzasadnione - typowa reżyserska olewka ) , ogólnie praca kamery , kadrowanie, operowanie światłocieniem , drugim planem, tym wszystkim, co daje naturalna aura pory dnia i pogody - BIEDNE jak nie powiem co."
      Tak to wygląda, ale czy film MUSI być wizualnym majstersztykiem? Wydaje mi się, że nie o to tutaj chodziło. Mam napięcie, dobre gore, trochę absurdu... Wystarczy mi, żeby nie psioczyć na realizację, która zresztą aż tak tragiczna, jak mówisz, moim zdaniem wcale nie jest. Może nie rozumiem sedna problemu, bo dla mnie włoskie horrory kanibalistycznie pod tym względem też nie zaliczają się do wybitnych dzieł sztuki wszechczasów... Trochę raziło mnie tylko to, że niektóre sceny były zbyt chaotyczne i nie można było się przyjrzeć szczegółom, ale to samo nie spodobało mi się w "Hannibal Holocaust". Nie twierdzę oczywiście, że te dwa obrazy są porównywalne, "The Green Inferno" jest zresztą dużo mniej brutalny i mniej realistyczny, lecz wcale się nie spodziewałam, że Roth pokusi się o próbę dorównania klasykom gatunku.

      "Ale i tu były dziwne dziury - dla czego w tym ( w końcu matriarchalnym ) trajbie w ogóle nie było kobiet, poza paroma staruchami ?"
      Nie wiem dlaczego jest mało kobiet, ale nie wydaje mi się to być totalnym bezsensem - system matriarchalny nie wyklucza większej ilości mężczyzn w plemieniu. Fabuła tego nie wyjaśnia, bo taki stan rzeczy pewnie miał tylko tłumaczyć fakt, że członkowie plemienia chcieli zadać sobie trud poddania głównej bohaterki rytuałowi "stania się kobietą" poprzez ucięcie jej łechtaczki. Skoro była dziewicą, pewnie uznali, że nada się na czyjąś żonę i urodzi im kilka córek jak szczęście dopisze :P

      "A jak już jakaś mignęła przez pół sekundy na drugim planie, to jakim prawem miała zasłonięte cycki ?"
      Cycki akurat mnie nie interesują. Że mało realistycznie? Nie znam się, nie wiem, w których częściach świata zazwyczaj zakrywa się biust, a w których nie, więc brak golizny to dla mnie tutaj żadna ujma.

      "CGI mrówki !"
      Mnie też się nie podobały, ale w sumie to tylko kilkanaście sekund filmu, więc się nie czepiałam.

      "Poza tym to wszystko leci na bardzo słabej dramaturgii, nie ma napięcia, grozy, porządnie skonstruowanych scen wystawiających na próbę nerwy.."
      Ja miałam inne odczucia. Podczas seansu siedziałam jak na szpilkach więcej niż raz, więc chyba można przyjąć, że to subiektywna sprawa.

      "A pomysł z nadzianiem ganją trupa , żeby się kanibale ujarali jak go zjedzą i to uśpi ich czujność, po prostu zmilczę."
      Fakt, doskonały przykład głupkowatego humoru, ale jakoś do mnie trafia i nie przeszkadza mi, że nie jest na 100% na poważnie. Spodobało mi się, jak członków plemienia dopadła gastrofaza i zeżarli tego gostka na żywca :P

      Podsumowując, nie twierdzę, że "The Green Inferno" to innowacyjne, mega wybitne, niepowtarzalne dzieło sztuki, które zapisze się w historii kina grozy. Oglądało mi się przyjemnie, jako tako w napięciu, spodobało mi się parę scen gore, humor też był w moim stylu (może jestem mało wymagająca), jest trochę potraktowanej z grubsza treści... Niczego więcej się nie spodziewałam (ba, film nawet trochę przerósł moje oczekiwania :P), zatem oceniłam tak, jak oceniłam, czyli na plus.

      Usuń
  3. Pomysł uraczenia kanibala kanabisem , żeby potem paść ofiarą jego gastrofazy jest sam w sobie bardzo ,, kanabisowy'' i też się uśmiałem z samego konceptu, ale tu wyszło to idiotycznie z dwóch powodów :
    Po pierwsze było to motorem ważnej dla akcji , dramatycznej sceny ( plan ucieczki ) i to jest dla mnie bez sensu. Oparcie poważnej sceny na takim absurdzie, sprawdza sie w filmie typu ,, Evil Dead 2'' , a w końcu ,, Green Inferno'' to jednak, mimo wszystko film na serio. Łyknąłbym to w formie pobocznego wątku , bez istotnego wpływu na rozwój fabuły
    Po drugie - z czym do gości ? że niby te góra dwa gramy zielska na 50-60 kilo mięsa ma kilkudziesięciu ludzi tak uspawać że odlecą w kosmos i stracą kontakt z realem ? Kogoś tu pojebało zdrowo. Przecież takie plemię jest mega zahartowane i to z wielokrotnie silniejszymi psychedelikami , które daje im dżungla.

    OdpowiedzUsuń
  4. I jeszcze jedno :
    ,,...ale w sumie to tylko kilkanaście sekund filmu, więc się nie czepiałam....''
    A ja się czepiam i to jak cholera . Bo to jest niewybaczalna żenada - była szansa stworzenia sceny, która mogłaby przejść do historii filmowego gore , a tu się wykpiono kilkunastoma sekundami CGI mrówek. Ty sobie wyobrażasz taką długą, ultra sadystyczną jazdę z gościem, którego mrówki obżerają do kości , a on cały czas żyje ? Z lubością eksponowana na kolejnych etapach ? Do tego wszystkie odmiany wrzasków, płaczu, jęków i charczenia , jak już zabraknie języka... Nie wiem, czy w kinie było coś takiego , tym bardziej w dobrym wykonaniu. Oni mieli od tego porządnego speca, Grega Nicotero , który na pewno dałby rady , tylko Roth najwidoczniej uznał , że tyle wystarczy. A jeżeli pożałowali kasy, to są debilami.
    Gdyby taka super scena się tam znalazła , potraktowana jako kulminacja makabry, to bym machnął ręką na inne niedostatki filmu ( oprócz zdjęć ). Bo to już tak jest, jak ci ktoś dogodzi w tym, co najbardziej lubisz , tolerujesz jego pomniejsze wady, a jak nie, to wszystko inne mu wytykasz bez litości ;-]
    Serce się kraje, dawniej Fulci z Rambaldim robili psy ze zdechłych królików, D'Amato przywoził chabaninę z masarni na kilogramy, budżety były minimalne , a jakie kino!

    OdpowiedzUsuń
  5. Dlaczego mnie tak zostawiłaś samego z tymi komentarzami, odpowiedz :D

    OdpowiedzUsuń
  6. Odpowiadam :D Chciałam znaleźć chwilę czasu, żeby odpisać porządnie, a nie "na odwal się" ;)

    "Oparcie poważnej sceny na takim absurdzie, sprawdza sie w filmie typu ,, Evil Dead 2'' , a w końcu ,, Green Inferno'' to jednak, mimo wszystko film na serio."
    Nie rozumiem, dlaczego nie można oprzeć poważnej akcji na totalnej głupocie. "The Green Inferno" to właśnie nie do końca film na serio. To nie parodia jak "Evil Dead 2", ale moim zdaniem do poziomu komizmu w pierwszym "Evil Dead" już da się go porównać. Rothowi pewnie i tak chodziło głównie o to, żeby jakoś wtłoczyć akcję z gastrofazą, a nie o samą ucieczkę, której tragiczny kociec zresztą dało się przewidzieć i która chyba służy tylko jako pretekst, żeby w końcu wyeliminować niepotrzebne postacie.

    "Po drugie - z czym do gości ? że niby te góra dwa gramy zielska na 50-60 kilo mięsa ma kilkudziesięciu ludzi tak uspawać że odlecą w kosmos i stracą kontakt z realem ? Kogoś tu pojebało zdrowo. Przecież takie plemię jest mega zahartowane i to z wielokrotnie silniejszymi psychedelikami , które daje im dżungla."
    Alejandro wytyka to reszcie, chyba nawet w podobnych słowach XD To też mi się spodobało. Zwrócenie uwagi na absurd, który jednak z jakiegoś powodu znajduje odzwierciedlenie w rzeczywistości. Nie mam pojęcia, "co autor chciał przez to powiedzieć", ale czy to ważne? Może chciał po prostu wprowadzić małą zmyłkę :P Moim zdaniem sprawa jest zupełnie niewarta roztrząsania. Gdyby brak żelaznej logiki w horrorach jakoś bardzo mi przeszkadzał, nie byłabym fanką gatunku.

    "A ja się czepiam i to jak cholera . Bo to jest niewybaczalna żenada - była szansa stworzenia sceny, która mogłaby przejść do historii filmowego gore , a tu się wykpiono kilkunastoma sekundami CGI mrówek."
    Po Rocie akurat nie spodziewałam się sceny, która by przeszła do historii gore, bo jego dotychczasowe dzieła nie wskazują na takie ambicje. Fakt, byłoby wielkie, pozytywne zaskoczenie, gdyby coś takiego spreparował, ale nie spreparował i wielkiego zawodu z tego powodu nie ma. Roth to jednak nie D'Amato czy Fulci, żeby flakami rzucał po planie.

    "Ty sobie wyobrażasz taką długą, ultra sadystyczną jazdę z gościem, którego mrówki obżerają do kości , a on cały czas żyje ?"
    No byłoby zajebiście, chociaż chyba mało realistycznie :P Mrówki w ogóle są w stanie obgryźć człowieka do kości? Nie poszłyby sobie zaraz po przegryzieniu się przez warstwę tego gówienka, jakim wysmarowano pacjenta?

    "Bo to już tak jest, jak ci ktoś dogodzi w tym, co najbardziej lubisz , tolerujesz jego pomniejsze wady, a jak nie, to wszystko inne mu wytykasz bez litości ;-]"
    Widać, że właśnie to robisz ;) Oczywiście nie wypominam, bo też często psioczę na filmy :P

    OdpowiedzUsuń
  7. Dochodzę do wniosku, że to jest chyba przede wszystkim film spreparowany pod faję . Bo tylko wtedy jego słabości mają szansę przerodzić się w siłę i to solidną . I gówniane zdjęcia i te wszystkie nonsensy i CGI mrówki i jaguar i defekacja i brandzlowanie zrobią robotę na medal :P

    Ja jednak liczyłem, że Roth porywając się na rewitalizację tak hardcorowego genre'u , jak dżunglowy horror kanibalistyczny wyjdzie ze skorupy dotychczasowego średniaka i uderzy na prawdę . No cóż, widać klątwa ,, nie bycia Fulcim'' jest nie do odczynienia :(

    ,,... Mrówki w ogóle są w stanie obgryźć człowieka do kości?...''
    Tak, ale to dość czasochłonne.

    ,,...Nie poszłyby sobie zaraz po przegryzieniu się przez warstwę tego gówienka, jakim wysmarowano pacjenta?...''
    Raczej nie kręcono by tego na setkę :D Taka scena na pewno nie byłaby do końca realistyczna , ale absolutnie bym się tego nie czepiał , gdyby ją super wykonali.


    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. "Dochodzę do wniosku, że to jest chyba przede wszystkim film spreparowany pod faję."
      Nie twierdzę, że absolutnie nie, ale to niekoniecznie wada :P

      Usuń
  8. Próbuję bronić tego filmu. Na serio .

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Może powtórka seansu za jakiś czas pomoże dostrzec zalety ;)

      Usuń
  9. Najpierw muszę coś skołować ;-)

    OdpowiedzUsuń

Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...