Boar (2017)

  W małym miasteczku otoczonym głuszą ciężko pracującym farmerom coś niszczy ogrodzenia i wybija owce. Jeden z miejscowych twierdzi, iż widział grasujący po okolicy wybryk natury, lecz nikt nie daje mu wiary... do czasu, aż zaczynają ginąć ludzie.

  Animatroniczny dzik-zabójca australijski o gabarytach nosorożca z Razorback (1984) stanął oko w oko ze swoją przerośniętą, komputerową koleżanką z koreańskiego Chaw (2009). Spotkanie zaowocowało iście cudaczną krzyżówką - kolejnym filmem Chrisa Suna. Twórca Come and Get Me (2011), Daddy's Little Girl (2012) oraz Charlie's Farm (2014) usiłuje tchnąć nieco nowego życia w klasyk ozploitation za pomocą rozwiązań, na które technologia lat 80. w wydaniu niskobudżetowym nie pozwalała, czyli sowicie okraszonych sztuczną krwią scenek z rozjuszonym zwierzęciem w roli głównej. Zwierzęciem, które nie musi jawić się widzowi prawie wyłącznie jako złowrogi cień na horyzoncie, gdyż magia pikseli umożliwia mu szaleńczy bieg przez skąpany w słońcu dnia kadr. Wspaniale! Jednak czy próba wskrzeszenia dawnej świetności horrorowego kiczu okazała się naprawdę skuteczna? To już inna para kaloszy.


  Oczywistym było, że całość akcji Boar musi kręcić się wokół tytułowego stwora. Od filmu o ogromnej świni łasej na ludzkie mięso wypada przecież wymagać jak najwięcej świni. Co więcej, to właśnie perspektywa zabawą old-schoolowymi rekwizytami i animatroniką ostatecznie skłoniła Suna do podjęcia wymarzonego projektu animal attack, a wybór padł akurat na dzika ze względu na sentyment reżysera do wyżej wspomnianego Razorback. Pasja, jaką włożono w realizację konceptu, niewątpliwie popłaciła. Bestia prezentuje się imponująco (nie na darmo sterowały nią trzy osoby od wewnątrz oraz 6-8 od zewnątrz), kiedy wściekle łypie oczami, energicznie macha łbem czy też ochoczo nadziewa na kły przypadkowych pechowców. Jakkolwiek celem tutaj było oddanie czci ubiegłowiecznym sztuczkom filmowym, CGI - jako techniki relatywnie prostej, szybkiej i taniej - nie dało się uniknąć, zwłaszcza w przypadku najdynamiczniejszych scen z udziałem wielkiego i ciężkiego robota. Dlatego mimo że ingerencja komputera poniekąd psuje wynikający z użycia tradycyjnych środków efekt, należy się zrozumienie; gdyby nie wkład grafików najmakabryczniejsze sekwencje przypuszczalnie składałyby się z chaotycznie zmontowanych, urywkowych ujęć (a to w starszych perełkach kina grozy widzieliśmy nieraz). W kwestii walorów wizualnych nie ma więc do czego się przyczepić.

  Niestety jednak na każdy element cieszący wzrok przypada jakaś skaza: a to niepotrzebny dialog, a to nazbyt ograna klisza. Boar sprawia wrażenie, jakby w ferworze planowania efektów specjalnych Sun albo całkowicie zapomniał o scenariuszu, albo przyjął, że sprawę załatwi dobrze dobrana obsada. Niezbyt zabawne kwestie stają się dowcipne dopiero w ustach znanego z Wolf Creek (2005) Johna Jarratta oraz Rogera Warda (Mad Max [1979], Polowanie na indyka [1982]); walka wręcz wrestlera Nathana Jonesa (Conan barbarzyńca 3D [2011], Mad Max: Na drodze gniewu [2015]) z dzikiem jest jednym z najbardziej emocjonujących momentów filmu; Ernie Dingo (Krokodyl Dundee II [1988], Day of the Dog [1993]) jako cwaniaczkowaty właściciel firmy wiertniczej aż się prosi o więcej czasu ekranowego. Warto zaznaczyć, że żaden z wymienionych aktorów nie wciela się w głównego bohatera... ponieważ głównego bohatera nie ma. Każda z postaci - tak niewyrazistych, że trudno je nawet nazwać szablonowymi - pojawia się jedynie po to, by w widowiskowy sposób zginąć lub, na sam koniec, cudem uniknąć straszliwej śmierci z racicy gigantycznego świniaka. Teoretycznie niepotrzebne są interesujące charaktery i złożona fabuła, skoro jest efektowny potwór w stylu retro, ale postawienie wszystkiego na jedną kartę (kroplę w morzu możliwości, jakie oferuje kinematografia) nie wyszło produkcji na zdrowie.



  Mocno ograniczone środki wyrazu sprawiają, że Boar ginie wśród innych powstałych w ostatnich latach obrazów, które hołdują horrorom lat 80. - jak na przykład Coś za mną chodzi (2014), Śmierćgazm (2015) czy bezbłędne Dziewczyny śmierci (2015). Były dobre pomysły i chęć do cieżkiej pracy ze strony twórców, był zatem również potencjał. Lecz animatronika i gore, którego zresztą wcale nie ma wyjątkowo dużo, najzwyczajniej w świecie nie wystarczają.

Ocena: 5/10

***

Powyższa recenzja znajduje się również na filmweb.pl (link).
Zapraszam do śledzenia mojego profilu na portalu.

Komentarze

Najczęściej czytane posty