Minirecenzja: The Meg (2018)

  W podwodnym centum badawczym "Mana One" dochodzi do niesamowitego odkrycia - pod tym, co dotąd uznawano za dno Rowu Mariańskiego, może znajdować się jeszcze głębsza sekcja oceanu. Trzyosobowa ekipa zanurza się, by ostatecznie potwierdzić teorię, lecz statek atakuje gigantyczny Megalodon: przedstawiciel prehistorycznego gatunku rekina.

  Zastanawialiście się kiedyś, jak wyglądałyby produkcje klasy B/C, gdyby ich twórcy dysponowali hollywoodzkim budżetem z prawdziwego zdarzenia? Ja też nie. Jednak z odpowiedzią na to pytanie już śpieszy The Meg reżyserii Jona Turteltauba. Do bólu szablonowa opowieść o stworzeniu, któremu ludzie najpierw zawracają dupę, a później chcą zabić, promowana była jako pastisz (świadczy o tym nawet plakat), lecz żeby zobaczyć najzabawniejsze sceny wcale nie trzeba oglądać filmu - wystarczy zwiastun, gdyż to właśnie w nim osiągnięte zostaje apogeum dowcipu. Sam produkt natomiast mąci w głowie, z jednej strony sprawia wrażenie nakręconego w duchu śmiertelnie poważnym (czyli głupkowatego w granicach akceptowanych przez amerykańską fabrykę snów), a z drugiej łączy w sobie motywy tak wyświechtane i przerysowane, że nikt z choć odrobiną przyzwoitości nie wykorzystałby ich w nieprześmiewczych celach... Ja oczywiście za przyzwoitość twórców ręczyć nie mogę. Blockbusterowe efekty specjalne prezentują się poprawnie, rekin jest duży jak cholera, nie zabrakło sekwencji z beztroskimi plażowiczami, a Jason Statham w przerwach między licznymi podwodnymi misjami, z których by w realnym życiu nie przeżył ani jednej, romansuje po kątach z główną postacią kobiecą (Bingbing Li). Dodatkowo akcja jest wartka i łatwoprzyswajalna (z colą i popcornem), nie mogę więc powiedzieć, żebym na seansie bawiła się źle. Mogę za to z (prawie) całą pewnością stwierdzić, że The Meg jest przyjemnością jednorazową.

Ocena: 5/10


***

Komentarze

Najczęściej czytane posty