poniedziałek, 15 lutego 2016

Cabin Fever (2016)

  W 2002 Eli Roth po raz pierwszy zasiadł na krześle reżyserskim na planie Śmiertelnej gorączki - zrealizowanej bez przepychu (lecz za to bardzo klimatycznej i krwawej) parodii, będącej hołdem dla takich klasycznych filmów grozy jak Teksańska masakra piłą mechaniczną, Ostatni dom po lewej, Martwe zło czy Noc żywych trupów. Obraz okazał się kasowym sukcesem, doczekał się zatem jednego sequelu - Śmiertelna gorączka 2 - oraz prequelu - Cabin Fever: Patient Zero. Pierwotny zamysł był taki, żeby stworzyć czwartą odsłonę serii, mającą nosić tytuł Cabin Fever: Outbreak, lecz (niestety lub "stety") porzucono ten plan na rzecz remake'u... I tak oto światło dzienne ujrzała kolejna "przeróbka" horroru, która jednak gwoli ścisłości wcale przeróbką nie jest, tylko ponoć "ulepszoną" kopią.

  Grupka przyjaciół udaje się do lasu, aby spędzić tydzień na imprezowaniu. Zabawę psuje im zarażony straszliwą chorobą skóry mężczyzna, który nachodzi ich dom. Młodym udaje się go pozbyć, jednak wirus szybko daje o sobie znać...

video

Reżyseria: Travis Zariwny
Produkcja: Eli Roth, Evan Astrowsky, Christopher Lemole, Tim Zajaris
Scenariusz: Eli Roth, Randy Pearlstein
Bazowany na: Eli Roth, Śmiertelna gorączka

Obsada: Samuel Davis, Gage Golightly, Matthew Daddario, Nadine Crocker, Dustin Ingram
Muzyka: Kevin Riepl
Wytwórnia: Contend, Armory Films, Pelican Point Media
Dystrybucja: IFC Midnight
Premiera: 12 lutego 2016 (świat)
Kraj: USA
Czas trwania: 98 minut


  Reżyser Cabin Fever, Travis Zariwny, jako bazę do nakręcenia filmu miał scenariusz autorstwa Rotha i Randy'ego Pearlsteina - dokładnie ten sam, na podstawie którego powstała Śmiertelna gorączka. Fabuła zawiera kilka nic nieznaczących zmian - na przykład usunięto rasistowski komentarz staruszka z przydrożnego sklepu, a zastępca szeryfa Winston jest tutaj płci żeńskiej - ale poza tym obraz Rotha został powielony niemalże scena w scenę i dialog w dialog. Owszem, można argumentować, że zdjęcia są miłe dla oka, muzyka w większości z powodzeniem pomaga w budowaniu napięcia, a gore jest dość realistyczne... Ale przecież oryginał również może się pochwalić tymi zaletami, niaskalanymi przy tym brakiem kreatywności ze strony twórców. Czy rzeczywiście złaknionemu wrażeń widzowi potrzebna jest nowsza wersja dzieła, które w ogóle nie zdążyło się zestarzeć? Naprawdę trudno jest sobie wyobrazić, co Roth chciał osiągnąć inwestując w tę produkcję, gdyż w tym przypadku nawet pobudki finansowe są kulawym wytłumaczeniem, a wciskanie klientom dwa razy tego samego produktu jest naprawdę wielkim nietaktem.


  Zariwny darował sobie dystans, z jakim Roth podszedł do Śmiertelnej gorączki, i historię "leśnej zarazy" przedstawił na poważnie (może tylko poza humorystycznym wstępem do właściwych wydarzeń). Bohaterowie udają się na wieś z mniejszym entuzjazmem, ich słowne sprzeczki zostały złagodzone, pozbawione przekleństw i naturalności, przez co słucha  się ich ze znużeniem. Postaci Cabin Fever są zdecydowanie najmniej udanym elementem... Wszelkie szczątki indywidualności "przeminęły z wiatrem", a odtwórców pięciu głównych ról z jednakowym skutkiem mógłby zastąpić ktokolwiek inny - protagoniści wywołują w nas właśnie taki poziom obojętności. Reżyser przyznał, że największe obawy żywił przed koniecznością dorównania wykreowanemu przez Giuseppego Andrewsa Winstonowi, dlatego zdecydował się uczynić go kobietą, stwarzając pozory chęci podjęcia tematu homoseksualizmu (zastępczyni, tak jak Winston ze Śmiertelnej gorączki, wykazuje duże zainteresowanie płcią piękną), lecz wątek nie został poprowadzony dalej, a szansy, by mimo wszystko wprowadzić do filmu mały powiew świeżości, nie wykorzystano.




  Z technicznego punktu widzenia realizacji Cabin Fever niewiele można zarzucić - profesjonalizm czuć na każdym kroku - lecz w tym podręcznikowym wykonaniu zabrakło duszy. Surowy klimat oryginału, żywcem wzięty z Martwego zła, zastąpiono perfekcyjnie dopieszczonymi zdjęciami oraz montażem rodem z wykładu z akademii filmowej, które, acz przyjemne w odbiorze, są normą we współczesnych amerykańskich horrorach, nie zachwycają więc tak, jak pewnie zaplanował to reżyser - mainstreamowym twórcom wyraźnie coraz trudniej jest wzbić się ponad zwykłą poprawność. Zarówno z efektami praktycznymi, jak i charakteryzacją na szczęście jest już nieco lepiej, ale czy równie dobrze, co w wersji Rotha? U Zariwny'ego jest ździebko bardziej realistycznie, kolor krwi jest trafiony i jest więcej zbliżeń na niektóre szczegóły (np. świńskie wnętrzności w scenie na farmie), jednak nie udało się wygrać z groteską i brudem gore Śmiertelnej gorączki, a fakt, że wszystkie soczyste momenty również zostały odtworzone w niemalże identycznej postaci (w tym ikonowa scena krwawej depilacji), wcale nie pomaga wzbudzić ponadprzeciętnego zainteresowania widza zaznajomionego z dziełem Rotha.




  Cabin Fever, mimo iż jest odartą z ogromnej części pierwotnej atrakcyjności kalką, na pewno zyska sobie fanów i prawdopodobnie będą to ci, którzy albo nie widzieli Śmiertelnej gorączki, albo za nią nie przepadają. Całej reszcie obraz Zariwny'ego ma niewiele do zaoferowania - aż dziw bierze, że Roth nie zawalczył o wzbogacenie fabuły o jakiekolwiek nowe wątki. Odgrzewane kotlety prawie nigdy nie smakują tak dobrze jak wtedy, kiedy były świeże, ale ten film przekracza granice - nie dało się lepiej wpasować w definicję "zbędnego remake'u".

~~~

Powyższa recenzja znajduje się również na filmweb.pl (link).
Zapraszam do śledzenia mojego profilu na portalu.

4 komentarze:

  1. Nie rozumiem zupełnie sensu powstana tej produkcji. Ale co tam, obejrzę jak pojawią się napisy, bo rozumiem że oglądałaś film w wersji oryginalnej?
    Ilsa

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Tak, w oryginalnej.
      Też nie rozumiem sensu powstania :P Zauważyłam, że te remake'i coraz gorsze się robią. W 2011 myślałam, że to "Koszmar z ulicy Wiązów" jest kiepski, a teraz widzę, że jego twórcy w sumie całkiem nieźle pokombinowali z fabułą. W "Cabin Fever" zmiany są praktycznie żadne - to dokładnie ten sam film, nakręcony tylko bardziej pod mainstream.

      Usuń
  2. Stara wersja „Cabin Fever” mi się podobała. Miała swój klimat. Prosta fabuła ale ciekawie przedstawiona. Żadnej z kontynuacji jak na razie nie widziałem, ale remake to już lekka przesada. Dopiero nieco ponad 10 lat od premiery pierwszej części minęło. Jak dla mnie za wcześnie na remake.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. "Jak dla mnie za wcześnie na remake." --> W pełni się zgadzam. Taki projekt po prostu nie ma prawa się udać - ani nic nowego nie wprowadza, ani jakościowo się zbytnio nie różni od oryginału... Ten remake to po prostu mainstreamowa wersja dla współczesnych nastolatków.

      Usuń

Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...