poniedziałek, 22 lutego 2016

W paszczy szaleństwa (In the Mouth of Madness) (1994)

  Lata 90. nie były łaskawe dla Johna Carpentera. Okres chwały, jaką przyniosły mu Halloween, MgłaCoś i Christine, minął i dla reżysera przyszedł czas mniej udanych projektów oraz finansowych niewypałów (klasyczny przykład - Wioska przeklętych). Jeśli jednak przyjrzeć się jego filmografii z tamtej dekady, jest jedna pozycja, która, acz skromna, błyszczy na tle reszty - W paszczy szaleństwa.

  Detektyw ubezpieczeniowy, John Trent, zostaje zatrudniony do sprawy zniknięcia poczytnego pisarza powieści grozy, Suttera Cane'a, którego proza najwyraźniej robi czytelnikom papkę z mózgu - opóźnienie w wydaniu jego najnowszej książki doprowadza do wybuchów agresji wśród ludności. Trent odkrywa, że fikcyjne miasteczko Hobb's End, gdzie Cane osadził akcję jednego ze swoich opowiadań, może faktycznie istnieć i prawdopodobnie to właśnie tam ukrywa się zaginiony, zatem wraz z edytorką domu wydawniczego, Lindą Styles, wyrusza w drogę, aby odnaleźć tajemniczą miejscowość... Jednak "powitanie", jakie Hobb's End ma zarezerwowane dla dwojga przybyszy, przechodzi ludzkie pojęcie - i to, na ich nieszczęście, dosłownie.



Reżyseria: John Carpenter
Produkcja: Sandy King
Scenariusz: Michael De Luca
Obsada: Sam Neill, Julie Carmen, Jürgen Prochnow, Charlton Heston
Muzyka: John Carpenter, Jim Lang
Dystrybucja: New Line Cinema
Premiera: luty 1995 (świat); 18 sierpnia 1995 (Polska)
Kraj: USA
Czas trwania: 95 minut


  Po premierze W paszczy szaleństwa tłumy wcale nie oblegały kin, by zobaczyć najnowsze dzieło Carpentera (wpływy ledwo starczyły na pokrycie kosztów produkcji), ale niewątpliwie była pewna konkretna grupa odbiorców, która nie zawiodła się na seansie, a mianowicie fani Howarda Philipsa Lovecrafta - chociaż obraz nie jest bazowany na żadnym z jego opowiadań, można z czystym sumieniem powiedzieć, że posiada klimat bardziej lovecraftowski niż filmy oparte na twórczości Lovecrafta. Już sam tytuł nawiązuje do jednego z dzieł pisarza - W górach szaleństwa (At the Mountains of Madness)... I rzeczywiście szaleństwo gra tutaj główną rolę. Johna Trenta (Sam Neill) poznajemy, kiedy ten zostaje zamknięty w szpitalu psychiatrycznym. Za co? Nieszczęśnik, wciąż utrzymujący, że wcale nie zwariował, osobiście wyłuszcza nam swoją historię, przedstawioną w formie długiej retrospekcji - technika narracji często stowowana przez "samotnika z Providence".



  Postać Trenta również jest zgoła lovecraftowska - twardo stąpający po ziemi, cyniczny, niedopuszczający do siebie myśli, że istnieje jakiekolwiek zło, którego nie dałoby się wytłumaczyć działaniem człowieka... Skojarzenia z Albertem Wilmarthem z Szepczącego w ciemności są nieuniknione. Podobieństwa łączące dwóch bohaterów jednak na ich usposobieniu się nie kończą - obydwaj podejmują się podróży, która diametralnie zmienia ich sposób myślenia. Trent, jak na prawdziwego sceptyka przystało, do samego końca nie wierzy, że w Hobb's End odkryje coś więcej niż oszustwo, prawdopodobnie uknute na spółkę przez Cane'a i dom wydawniczy... Inspektor nawet nie przypuszcza, jak bardzo będzie musiał zmienić swoje postrzeganie rzeczywistości.



  W paszczy szaleństwa buduje nastrój dość niespiesznie - zaczyna się od przedstawienia nam szarego bohatera i jego bazowanych na twardej logice dążeń do odkrycia prawdy. Realny świat początkowo zostaje zaburzony tylko nieznacznie przez pierwszy kontakt z twórczością Cane'a oraz nocne koszmary, jakie lektura strasznych opowieści wywołuje u Trenta. Zanim on i Styles wreszcie docierają do Hobb's End, musimy wysłuchać sporej ilości niezbyt wciągających dialogów, poranić trochę zmysły doświadczając sztywnej gry aktorskiej odtwórczyni roli głównej postaci żeńskiej, Julie Carmen, oraz mimo wszystko dać się wprowadzić w atmosferę narastającego, acz na tym etapie jeszcze niezdefiniowanego, niebezpieczeństwa.



  Pierwsza część seansu, poza kilkoma sugestywnymi scenkami (głównie snów Trenta), może trochę nudzić. Czy zatem po dotarciu protagonistów do upiornego miasteczka zaczyta dziać się lepiej? I tak, i nie. Niewątpliwie zaczyna dziać się więcej i szybciej, klimat grozy jeszcze mocniej zaciska na nas swoje szpony, a gęsta mgła szaleństwa ciasno otacza, konfundując nas równie bezlitośnie, co postawionych w samym środku akcji bohaterów. Z czasem przychodzi nam zobaczyć sporo naprawdę dobrej charakteryzacji i jeszcze lepszej animatroniki - dzieci-demony i wszelakie potwory robią wrażenie w porównaniu do nowoczesnych trików komputerowych (do których niestety filmowcy ostatnimi laty uciekają się nieco zbyt często), lecz po twórcy Czegoś można było się spodziewać zdecydowanie więcej. Siła W paszczy szaleństwa, pomimo niemałej ilości efektów specjalnych, tkwi głównie w dużo prostszych zabiegach, mających kreować poczucie, że oto właśnie przeżywamy majak senny, czego najlepszym przykładem jest typowy dla nocnej mary motyw - niemożność opuszczenia miejsca zagrożenia, jako że wszystkie drogi prowadzą tylko do niego...



  W paszczy szaleństwa daleko jest do najlepszego obrazu Carpentera, lecz jeszcze dalej mu do najgorszego. Wielbiciele Lovecrafta na pewno docenią liczne "smaczki", jakie twórcy szczodrze porozsypywali gdzie się dało w imię hołdu znanemu autorowi. Godny uznania jest zwłaszcza nietuzinkowy klimat, doskonale oddający niejasny charakter zła, jakie czyha na protagonistów. Tematyka szaleństwa oraz zacierającej się granicy pomiędzy rzeczywistością a fikcją dała reżyserowi niemałe pole do popisu, którego ten, biorąc pod uwagę jego potencjał, nie wykorzystał do maksimum, jednak efekt i tak jest na tyle zadowalający, by produkcję uznać za jak najbardziej udaną.

~~~

Powyższa recenzja znajduje się również na filmweb.pl (link).
Zapraszam do śledzenia mojego profilu na portalu.

2 komentarze:

  1. Mam do Ciebie pytanie bo jesteś dość biegła w azjatyckim kinie grozy. Kojarzysz może film o japońskim lesie samobójców? Chodzi mi o film produkcji skośnej, gdzieś z okolić 2003 roku. Może kojarzysz orygilany tytuł? Moje poszukiwania zakończyły się fiaskiem bo jedyne co mogę znaleźć to kanadyjskie albo amerykańskie wariacje na ten temat.
    Ilsa

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Wcale nie jestem biegła w azjatyckich horrorach i niestety nie kojarzę filmu, o którym piszesz :( Spróbowałam poszukać, ale też wyskakują mi same amerykańskie produkcje, a jedynym azjatyckim filmem, jaki znalazłam, jest japońska "Aokigahara" (2012), ale to dramat i rok się nie zgadza, więc to pewnie nie to.

      Usuń

Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...