wtorek, 2 lutego 2016

Cripozoidzi (Creepozoids) (1987)

  Rok 1998. W wyniku wojen nuklearnych ludzka cywilizacja stała się cieniem swojej dawnej świetności. Kilku dezerterów ukrywa się w ruinach miast i pewnego dnia, chcąc ochronić się przed kwaśnym deszczem, wchodzi do opuszczonego kompleksu laboratoryjnego. Mija jedynie kilka godzin, zanim daje o sobie znać jego zmutowany mieszkaniec.

  Cripozoidzi jest produkcją wytwórni Empire International Pictures, która zbankrutowała w 1988. Jej założyciel, Charles Band (weteran niszowych horrorów), jeszcze tego samego roku utworzył kolejną - Full Moon Entertainment... Maniakom kina klas od B do Z chyba nie potrzeba więcej informacji, żeby zrozumieć, jaki poziom reprezentuje omawiany tutaj obraz. Cripozoidzi reżyserii Davida DeCoteau zalicza się do tak zwanych "bardzo złych filmów", kiczowatych aż do szpiku kości, ogłuszających miernością fabuły, często tak koślawo zrealizowanych, że dla nieoswojonego z gatunkiem odbiorcy seans może okazać się torturą nie do wytrzymania... W tym przypadku na szczęście nie jest aż tak tragicznie, chociaż dzieło oscyluje na granicy beznadziei.


video
Odradzam oglądanie trailera przed seansem - spoilerów jest w bród.

Reżyseria: David DeCoteau
Produkcja: David DeCoteau, John Schouweiler
Scenariusz: David DeCoteau, Buford Hauser
Obsada: Linnea Quigley, Ken Abraham, Kim McKamy, Michael Aranda
Muzyka: Guy Moon
Wytwórnia: Empire International Pictures
Dystrybucja: Empire Pictures, Urban Classics
Premiera: 2 października 1987 (świat)
Kraj: USA
Czas trwania: 69 minut


  Wiele aspektów Cripozoidów leży i kwiczy. Fabuły praktycznie nie ma, a i tak jakimś cudem jest w niej więcej dziur niż w zardzewiałym durszlaku, postaci są tak płytkie i źle odegrane, że nawet nie warto się nam nimi roztrząsać, a efekty specjalne, z paroma wyjątkami, śmieszą. Mimo tego jakimś cudem da się przebrnąć przez seans nie nabawiając się przy tym traumy na całe życie, w czym duże zasługi ma rozbrajająca pocieszność całości. DeCoteau czerpał z Obcego (1979) pełnymi garściami, ostatecznie serwując nam kolejną imitację, w której kosmiczna wyprawa została zastąpiona zakreślonym "na odwal się" wątkiem nuklearno-postapokaliptycznym. Kultowe dzieło sci-fi przywodzą na myśl aparycja potwora, który wygląda jak połączenie aliena ze szczypawką, oraz miejsce akji, pełne ciemnych korytarzy i zakamarków, gdzie mutant tylko czeka na właściwy moment, aby wyskoczyć na nierozgarniętą ofiarę.



  Jedną z poważniejszych wad produkcji jest brak logiki w zachowaniu wielkiego robala. Twórcy nie zawracali sobie głowy takimi kwestiami jak tłumaczenie, skąd wzięło się monstrum, czym/kim jest i jakie ma zamiary wobec grupki protagonistów. Cripozoid na niektórych daje upust swoim morderczym skłonnościom, lecz dla pozostałych ma zarezerwowany inny, bardzo niejasny los - zarażenie "czymś", co skutkuje swego rodzaju mutacją... Jednak nie dane nam jest się dowiedzieć, po co właściwie stwór zadaje sobie taki trud, i DeCoteau również na pewno nie miał zamiaru zbytnio wysilać mózgownicy, żeby sensownie nam to wyjaśnić.



  Horrorami niższych klas zazwyczaj rządzi zasada, że kiedy nie wiadomo o co chodzi, chodzi o krwistość. W Cripozoidach też doskonale by się to sprawdziło... Gdyby tylko nie niemiłosiernie mała ilość gore. Jest jedna bardzo dobrze zrealizowana scena "przemiany" jednego z bohaterów (podczas posiłku, gdy wszyscy siedzą przy stole - kolejne nawiązanie do Obcego) - mężczyzna wymiotuje jakąś czarną wydzieliną, tęczówki robią mu się białe, ręka nienaturalnie się wykręca... I ziarno niepokoju zostaje zasiane. Niestety jednak prawdziwie mocne momenty na tym się kończą. Twórcy serwują nam jeszcze parę atrakcji - jak wielkie, pluszowe szczury, lubiące przegryzać ludziom tętnice - lecz w sumie jest już z górki. Pozostaje tylko eliminowanie kolejnych postaci oraz rozwleczona sekwencja końcowa... Co do samego finału - można parę razy zarechotać z uciechy na widok kiczowatych efektów specjalnych, ale bez większego szaleństwa.



  Dzieła pokroju Cripozoidów są skierowane do specyficznej grupy odbiorców. Bez dużej dozy dystansu się nie obejdzie, jednak podstawą jest miłość do tego rodzaju produkcji. Pasjonaci gatunku mogą spokojnie sięgnąć po obraz DeCoteau i liczyć na odrobinę rozrywki - jest parę satysfakcjonujących scenek, dużo tandety i trochę śmiechu. Całość z pewnością ratuje również fakt, że seans jest krótki, gdyż niecałe 69 minut nie pozostawia zbyt wiele czasu, żeby pozwolić miernocie realizacyjnej całkowicie przyćmić bardziej pozytywne aspekty obrazu. Werdykt - ujdzie w tłoku.

~~~

Powyższa recenzja znajduje się również na filmweb.pl (link).
Zapraszam do śledzenia mojego profilu na portalu.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz

Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...