piątek, 24 lipca 2015

Zemsta embriona (The Suckling) (1990)

  Młoda para udaje się do obskurnej agencji towarzyskiej, aby dokonać aborcji. Dziewczyna się waha, lecz w końcu zostaje poddana zabiegowi wbrew swojej woli, a wydobyty z niej embrion spuszczony w toalecie. W ściekach zarodek wchodzi w kontakt z toksycznymi odpadami, przez co zmienia się w żądnego zemsty, krwiożerczego potwora. Nikt, kto znajduje się w budynku domu publicznego, nie jest bezpieczny...

  Zemsta embriona jest jedynym dziełem Francisa Teriego, nad czym niektórzy będą ubolewać, lecz większość zapewne zaraz po seansie odczuje wdzięczność, że kariera reżysera zakończyła się na tej jednej pozycji. Pomysł na przedwcześnie usunięte z matczynego łona, zmutowane dzieciątko wyda się atrakcyjny większości fanów niestandardowych horrorów, ale realizacja filmu nie spełnia oczekiwań powstałych po zapoznaniu się z opisem fabuły. Najoczywistszym wytłumaczeniem takiego stanu rzeczy jest głodowy budżet, jakim dysponowali twórcy... Jednak czy inni, zdolniejsi reżyserzy horrorów nie udowodnili nam już wielokrotnie, że wcale nie trzeba kokosów, by nakręcić wyśmienity obraz (np. Wes Craven w Ostatnim domu po lewej albo Sam Raimi w Martwym źle)? Chociaż większe środki pieniężne z pewnością wpłynęłyby pozytywnie na jakość Zemsty embriona, nie ma co tłumaczyć smutnej prawdy finansami - film jest najzwyczajniej w świecie kiepski i prawdopodobnie nawet najbardziej wyrozumiali widzowie nie będą w stanie dojść do innego zdania.


video

Reżyseria: Francis Teri
Produkcja: Michael Helman
Scenariusz: Francis Teri
Obsada: Frank Rivera, Allen Lieb, Bobby Shapiro, Caesar Monroy, Antoinette Greene
Muzyka: Joseph Teri
Premiera: 12 lutego 1992 (Niemcy)
Kraj: USA
Czas trwania: 89 minut


  Podczas wyświetlania się na ekranie napisów początkowych typowa dla tanich produkcji, grozowa muzyka wzbudza nadzieję na całkiem niezły, lekki horrorek klasy B w stylu lat 80. czy 90. Pierwsze sceny - sekwencja groteskowego snu, w którym kobieta zostaje zabrana do "rzeźniczego" szpitala - jako tako tę nadzieję podtrzymują, lecz nie trzeba długo czekać, by stanąć twarzą w twarz z brutalną rzeczywistością, gdyż już pierwsza kwestia z hukiem sprowadza nas na ziemię - tak złe aktorstwo trudno zobaczyć nawet w nakręconym telefonem w piwnicy, najpodlejszym filmie pornograficznym. Cała obsada nieodwracalnie skompromitowała się klepiąc z pamięci wyuczone teksty (fakt, że dialogi same w sobie też wywołują zażenowanie, to już inna sprawa), prezentując wyjątkowo sztywny język ciała oraz okazując całkowity brak wyczucia w nadawaniu swojej grze odpowiedniej ekspresji.



  Twórcy Zemsty embriona ograniczyli efekty specjalne do realizacji tytułowego potworka, zaniedbując pozostałe wymogi tematyki filmu. Wygląd morderczego zarodka nie pozostawia wiele do życzenia - prezentuje się on typowo dla niskobudżetówek ubiegłego wieku, czyli tandetnie, ale niesamowicie groteskowo i, tym samym, bardzo zacnie. Jednak czy sama postać abortowanego wystarcza, aby wynagrodzić nam brak ciekawych scen morderstw, zawstydzająco małą ilość gore i rekwizyty wyglądające na zakupione w byle jakim sklepie budowlanym (np. zwykły, nawet nijak nieozdobiony sznurek jako niezydentyfikowana wydzielina stwora)? Retoryczny charakter tego pytania zapewne jest oczywisty... Akcja osiąga apogeum wraz z pierwszym zabójstwem z ręki embriona, kiedy ten wyskakuje z klozetu i pozbawia jedną z postaci głowy uderzając nią o brzeg muszli sedesowej. Potem, niestety, jest już z górki, aczkolwiek lekko porypane zakończenie rekompensuje nam niewielki procent czasu straconego na środkową część seansu.





  Wszelkie niedostatki, zarówno w sferze efektów specjalnych, jak i akcji, można by było z łatwością wybaczyć, gdyby film nadrabiał je klimatem, lecz i pod tym względem Teri poległ, mimo iż potencjał był spory. Budynek, w którym mieści się agencja towarzyska i klinika aborcyjna w jednym, jest duży, stary i zaniedbany. Wystrój wnętrz również nie prezentuje się zbyt dobrze, zwłaszcza prymitywna kuchenka, w której właścicielka, Big Mama, przyjmuje chcące pozbyć się dziecka klientki - na pewno nie jest to miejsce, gdzie zdrowa na umyśle osoba poddałaby się zabiegowi usunięcia ciąży, i nawet samo tam przebywanie nie należy do przyjemności... Bohaterowie jednak zostają zatrzaśnięci w tym odstręczającym domostwie bez drogi ucieczki, całkowicie zdani na łaskę wściekłego monstrum. Trzeba przyznać, że reżyserowi udało się wykreować zadowalającą atmosferę osaczenia, ale biorąc pod uwagę, że dysponował dość parszywymi pomieszczeniami, wcale nie jest to wielki wyczyn - wręcz dziwne by było, gdyby efekt duszności nie został osiągnięty. Prawdziwy problem stanowią napięcie oraz poczucie zagrożenia, które zdecydowanie leżą i kwiczą, całkowicie zaniedbane... Winne temu w dużym stopniu są kiepskie sceny mordów, z reguły mające służyć rozładowaniu skumulowanych w oczekiwaniu na makabrę emocji, lecz w tym dziele będące w stanie wywołać tylko i wyłącznie konsternację widza, definitywnie niwelując już i tak marne szczątki zainteresowania odbywającymi się na ekranie wypadkami.




  Zemstę embriona można obejrzeć, ale lepiej nie nastawiać się na nic poza zaspokojeniem ciekawości co do nietypowej tematyki. Kilka scen z całkiem nieźle wyglądającym morderczym zarodkiem z pewnością nie rekompensuje mierności całej reszty. Napięcie, niepokój, zaskoczenie... Nie odczujemy żadnej z tych emocji. Ekstremalna absurdalność większości sytuacji w filmie momentami może rozbawić, ale nie tak, jak zrobiłby to dobry pastisz - próbujący wydobyć się z nas śmiech pewnie względnie szybko stłumi najpierw zażenowanie, a potem nuda, przed napływem których trudno jest się w trakcie seansu obronić, może tylko z wyjątkiem wstępu i zakończenia. Obraz Teriego polecam jedynie wyjątkowo zaintrygowanym motywem embriona-zabójcy oraz wielkim maniakom kina klasy Z.

~~~

Powyższa recenzja znajduje się również na filmweb.pl (link).
Zapraszam do śledzenia mojego profilu na portalu.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz

Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...