poniedziałek, 29 maja 2017

Minirecenzja: L.A. Zombie (2010)

UWAGA!!! Poniższy tekst przeznaczony jest wyłącznie dla osób pełnoletnich!!!

Reżyseria: Bruce LaBruce
Produkcja: Arno Rok, Robert Felt, Bruce LaBruce, Jörn Hartmann, Jürgen Brüning, Matthias Von Fistenberg
Scenariusz: Bruce LaBruce
Obsada: François Sagat
Muzyka: Kevin D. Hoover
Wytwórnia: Wurstfilm, PPV Networks, Dark Alley Media
Premiera: 30 stycznia 2010 (świat)
Kraj: Niemcy, USA
Czas trwania: 63 minuty (wersja kinowa), 103 minuty (wersja reżyserska)

  Zombie przemierza ulice Los Angeles i ożywia znalezione na swej drodze zwłoki bardzo nietypową metodą, a mianowicie: wpychając im swoje przyrodzenie o nienaturalnie szpiczastym czubku we wszystkie możliwe miejsca.
  
  Oj, jaka ja byłam naiwna i nieświadoma cierpień, na jakie się wystawiam, sięgając po to dziełko... L.A. Zombie Bruce'a LaBruce'a, kanadyjskiego twórcy specjalizującego się w tematyce gejowskiej, to nic innego, jak zwykłe porno, w teorii (czyli według reżysera) z fabułą, lecz w praktyce - bez. Nasz główny bohater - w tej roli cudownie umięśniony François Sagat, francuski aktor filmów dla dorosłych - żywym trupem jest tylko umownie, jako że na takowego zupełnie nie wygląda, pomijając pojawiające się co jakiś czas znikąd i nie wiadomo dlaczego kolorowy makijaż oraz wystające kły. Ssanie jąder, lizanie odbytów i tradycyjna penetracja analna to wszystko, co oferuje trwający aż 103 minuty, właściwie bezdialogowy (klasycznych "oh, yeah" i "oh, fuck" do dialogów nie zaliczam) obraz, seans jest więc długi, nudny jak schnąca farba i niesamowicie męczący. Dodatkowy ból sprawia fakt, iż film został usilnie, acz z marnym skutkiem, wystylizowany na kino art house'owe; wyobraźcie sobie taką scenę: w tle rozbrzmiewa kojąca nerwy muzyka elektroniczna połączona z orkiestrą kameralną, na jezdni leży mężczyzna po wypadku samochodowym, a obok klęczy zombie-nie zombie i gwałci jego rozerwaną klatkę piersiową, zanurzając penisa gdzieś w okolice obnażonego, jeszcze bijącego serca... Piękne, nieprawdaż? Dorzućcie jeszcze do tego prezerwatywę, której nasz świadomy ryzyka zarażeniem wirusem HIV czy innym cholerstwem zombiak nigdy nie zapomina założyć, typowe dla pornografii, szczegółowe ujęcia "pompujących" genitaliów i pseudoartystyczny chaos montażowy, a będziecie mieć pełne wyobrażenie wartości, jaką reprezentuje sobą twór LaBruce'a. Bez odpowiedzi pozostaje tylko pytanie: co składa się na skróconą o najostrzejsze sceny seksu wersję produkcji (okrojoną na potrzeby festiwalowe), skoro director's cut to jeden wielki ciąg właśnie tychże?


***

2 komentarze:

  1. a już myśleliśmy, że tylko my oglądaliśmy ten film, nasze wrażenia identyczne w sumie :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. A już myślałam, że tylko ja jestem taka dziwna ;) Pozdrawiam.

      Usuń

Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...