Minirecenzja: Atak dinozaurów (Triassic Attack) (2010)

Reżyseria: Colin Ferguson
Produkcja: Jeffery Beach, Phillip J. Roth
Historia: Russ Friedman
Scenariusz: Tripp Reed
Obsada: Steven Brand, Kirsty Mitchell, Emilia Clarke, Raoul Trujillo, Gabriel Womack, Jordan Bonev, Nathalie Buscombe
Muzyka: Frederik Wiedmann
Wytwórnia: Syfy, UFO International Productions
Dystrybucja: Syfy (2010) (USA) (TV), Canal+ (2011) (Polska) (TV), HBO (2013) (Polska) (TV), TV Puls (2013) (Polska) (TV), TV4 (2015) (Polska) (TV)
Premiera: 27 listopada 2010 (Syfy) USA); 2011 (Canal+) (Polska)
Kraj: USA
Czas trwania: 86 minut


  Szkielety trzech dinozaurów - raptora, pterozaura (który dinozaurem nie jest, ale mniejsza) i tyranozaura - wracają do życia, kiedy potomek amerykańskich Indian odprawia obrzęd, aby pozbyć się dybiącego na jego ziemię niegodziwca.

  Złe filmy są różne. Bywają takie jak absolutny klasyk śmieciowego kina The Room (2003), czyli absurdalną bublowatością wywołujące u oszołomionego widza kwik uciechy. Są też ubiegłowieczne ewenementy pokroju Nasion (1992): nudnawe, lecz w miarę satysfakcjonujące ze względu na cudownie gumowe, olśniewająco kiczowate potworki często-gęsto przewijające się przez ekran. Perełek à la Cross of the Seven Jewels (1987) czy Evil Clutch (1988) - wręcz wybitnych w swej ułomności - także nie brakuje. Niestety Atak dinozaurów, telewizyjna produkcja, która wskrzesza podgatunek animal attack wraz z całym bagażem jego najobrzydliwszych wad, nie zalicza się do żadnej z wymienionych kategorii. Nie owijając w bawełnę: dzieło to nie jest ani wciągające, ani zabawne, a przeraża głównie stężeniem scenariuszowej sztampy. Tradycyjnie jest małżeństwo w separacji (on - nieczuły szeryf; ona - do rany przyłóż) z nudną jak schnąca farba dorastającą córką; obrazka dopełniają równie przeciętne co zarys charakterologiczny postaci dialogi i gra aktorska. Jeszcze gorzej jest z wygenerowanymi komputerowo pradawnymi kościotrupami, za co jednak ich bijąca po oczach sztuczność jest tylko współodpowiedzialna. Zdecydowanie bardziej zawodzi bowiem fakt, że wielkie pikselowe stwory sieją bardzo umiarkowane zniszczenie, a zawieszony na drzewie rekwizyt imitujący oderwaną ludzką rękę to najmakabryczniejsze, co dane nam jest w filmie zobaczyć. Scena śmierci pewnego zwierzęcia hodowlanego też może wykrzywić Wasze twarze w subtelnym uśmiechu, i w tym przypadku jednak radość szybko ustępuje lekko okraszonej zażenowaniem nudzie. Czy taki gniot można więc polecić komukolwiek? Chyba tylko tym, którzy nie mogą spać po nocach z ciekawości, co porabiała Emilia Clarke w czasach sprzed Gry o tron...


***

Komentarze

Najczęściej czytane posty