piątek, 7 października 2016

La croce dalle sette pietre (Il lupo mannaro contro la camorra; Cross of the Seven Jewels) (1987)

  Naprawdę trudno o zaradniejszego, zacieklejszego i bardziej wszechstronnego twórcę niż Marco Antonio Andolfi. Włoch nie tylko wyreżyserował swoje debiutanckie dzieło - La croce dalle sette pietre - lecz także napisał do niego scenariusz, zrealizował efekty specjalne, wcielił się w rolę głównego bohatera, wystąpił jako kaskader oraz wykonał montaż, a wszystko po to, żeby sfinalizować projekt przy marnym budżecie, wynoszącym mniej więcej 150 milionów lirów (ok. 77 tys. euro). Jednak pomimo ogromu wysiłku włożonego w produkcję, efekt końcowy jest zgoła nędzny i trąci amatorką, czego niestety nie jest w stanie zatuszować nawet gorąca pasja zawodowa, jaką Andolfi niewątpliwie się wykazał. La croce dalle sette pietre leży i kwiczy na każdej możliwej płaszczyźnie, a jego jedyną prawdziwą wartość stanowi fakt, iż jest ono definicją idealną trash horroru - najpodlejszego z podłych rodzajów kina grozy.

  Rzymianin Marco Sartori (Marco Antonio Andolfi) przyjeżdza do Neapolu, aby odwiedzić dawno niewidzianą kuzynkę. Na miejscu zostaje mu skradziony wysadzany drogocennymi kamieniami wisiorek w kształcie krzyża, co uwalnia ciążącą nad mężczyzną klątwę.

video
Trailera nie ma, zamiast niego wstawiam więc jedną z najlepszych/najgorszych scen filmu. Odradzam oglądanie, jeśli unikacie spoilerów.

Reżyseria: Marco Antonio Andolfi
Scenariusz: Marco Antonio Andolfi
Obsada: Marco Antonio Andolfi, Annie Belle, Gordon Mitchell, Paolo Fiorino, George Ardisson, Zaira Soccheddu
Muzyka: Paolo Rustichelli
Wytwórnia: G.C. Pictures
Premiera: 1987 (świat)
Kraj: Włochy
Czas trwania: 82 minuty

  La croce dalle sette pietre ma wiele widocznych na pierwszy rzut oka realizacyjnych niedoróbek, lecz to braki scenariuszowe najskuteczniej zniechęcają widza do wytrwania do końca filmu. Na wyjaśnienie, o co chodzi w fabule, musimy czekać około trzydziestu minut, pełnych dłużyzn (np. żmudne wykręcanie numeru na tarczy telefonu), przypadkowych postaci (bezimienna kobieta częstująca Marco kawą - typowa zapchajdziura z zerowym znaczeniem) oraz posklejanych ze sobą bez ładu i składu sekwencji, nad którymi trzeba się nieźle nagłowić, aby dojść do łączącego je związku przyczynowo-skutkowego. Schody zaczynają się już na wstępie; naszym oczom ukazuje się orgia, odbywająca się pod przewodnictwem tajemniczego starszego pana (w tej roli - uwaga, uwaga - Gordon Mitchell), który przywołuje dziwne bóstwo, wyglądające jak cudem ocalały z pożaru Chewbacca. Kim jest siwowłosy jegomość, a czym włochaty stwór? W jaki sposób są połączeni z głównym bohaterem? Co mają wspólnego ze złotym krzyżem, nad utratą którego Marco tak strasznie ubolewa? Poznajemy odpowiedzi na te pytania, ale są one nader mętne... W sumie sami musimy się domyślić większości z nich, ponieważ wątpliwy talent narracyjny Andolfiego bardzo opornie naprowadza nas na właściwą drogę.



  Kulawa, pełna dziur historia całkowicie wystarcza, by obrzydzić seans, całości jednak dopełnia niepożądana "wisienka na torcie" - niewybaczalnie uboga charakteryzacja i nieporadnie nakręcone sceny akcji. W La croce dalle sette pietre pojawia się naprawdę wyjątkowy antagonista: wilkołakopodobne monstrum... A właściwie świecący gołymi pośladami facet ze skołtunioną sierścią na twarzy, rękach i przyrodzeniu, który do tego wydaje z siebie dźwięki wystraszonego chomika (warto zaznaczyć, że opis ten nie jest, o zgrozo, ani przesadą, ani koloryzacją). Temu pociesznemu straszydłu przychodzi skonfrontować się z jednym z bossów camorry oraz jego sługusami, co prezentuje się skrajnie błazeńsko - delikatnie przykładanym do twarzy pięściom towarzyszą efekty dźwiękowe rodem z filmu z Brucem Lee, ludzie praktycznie sami rzucają się na ściany (choć teoretycznie rzuca nimi potwór), a meble roztrzaskują się, zanim porządnie się nimi uderzy. Ze scenami gore (znalazło się miejsce na parę) wcale nie jest lepiej; możemy zapomnieć o płynności czy realizmie, gdyż unicestwiają je toporne cięcia montażowe, po których na twarzach aktorów nagle przybywa zdecydowanie zbyt wiele niewymyślnej charakteryzacji.



  W La croce dalle sette pietre naprawdę trudno doszukać się czegoś, co można by pochwalić. Reżyser jednak najwyraźniej miał o swoim dziele przeciwne zdanie, jako że uznał, iż światu przyda się jeszcze reedytowana wersja, zatutułowana Talisman (1995), oraz średniometrażowy sequel - Riecco Aborym (2007)... Jakość obu tych filmów oczywiście jest porównywalna do karygodnego pierwowzoru. Jeśli ciekawość to Wasze drugie imię i nie boicie się otworzyć umysłu na przysłowiowe "dno, muł i wodorosty", być może będziecie w stanie zbyć śmiechem niesmak, jaki towarzyszy seansowi obrazu Andolfiego. W innym wypadku postąpicie mądrze trzymając się od niniejszej produkcji z daleka.

~~~

Powyższa recenzja znajduje się również na filmweb.pl (link).
Zapraszam do śledzenia mojego profilu na portalu.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz

Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...