La croce dalle sette pietre (Il lupo mannaro contro la camorra; Cross of the Seven Jewels) (1987)

  Naprawdę trudno o zaradniejszego, zacieklejszego i bardziej wszechstronnego twórcę niż Marco Antonio Andolfi. Włoch nie tylko wyreżyserował swoje debiutanckie dzieło - La croce dalle sette pietre - lecz także napisał do niego scenariusz, zrealizował efekty specjalne, wcielił się w rolę głównego bohatera, wystąpił jako kaskader oraz wykonał montaż, a wszystko po to, żeby sfinalizować projekt przy marnym budżecie, wynoszącym mniej więcej 150 milionów lirów (ok. 77 tys. euro). Jednak pomimo ogromu wysiłku włożonego w produkcję, efekt końcowy jest zgoła nędzny i trąci amatorką, czego niestety nie jest w stanie zatuszować nawet gorąca pasja zawodowa, jaką Andolfi niewątpliwie się wykazał. La croce dalle sette pietre leży i kwiczy na każdej możliwej płaszczyźnie, a jego jedyną prawdziwą wartość stanowi fakt, iż jest ono definicją idealną trash horroru - najpodlejszego z podłych rodzajów kina grozy.

  Rzymianin Marco Sartori (Marco Antonio Andolfi) przyjeżdza do Neapolu, aby odwiedzić dawno niewidzianą kuzynkę. Na miejscu zostaje mu skradziony wysadzany drogocennymi kamieniami wisiorek w kształcie krzyża, co uwalnia ciążącą nad mężczyzną klątwę.


  La croce dalle sette pietre ma wiele widocznych na pierwszy rzut oka realizacyjnych niedoróbek, lecz to braki scenariuszowe najskuteczniej zniechęcają widza do wytrwania do końca filmu. Na wyjaśnienie, o co chodzi w fabule, musimy czekać około trzydziestu minut, pełnych dłużyzn (np. żmudne wykręcanie numeru na tarczy telefonu), przypadkowych postaci (bezimienna kobieta częstująca Marco kawą - typowa zapchajdziura z zerowym znaczeniem) oraz posklejanych ze sobą bez ładu i składu sekwencji, nad którymi trzeba się nieźle nagłowić, aby dojść do łączącego je związku przyczynowo-skutkowego. Schody zaczynają się już na wstępie; naszym oczom ukazuje się orgia, odbywająca się pod przewodnictwem tajemniczego starszego pana (w tej roli - uwaga, uwaga - Gordon Mitchell), który przywołuje dziwne bóstwo, wyglądające jak cudem ocalały z pożaru Chewbacca. Kim jest siwowłosy jegomość, a czym włochaty stwór? W jaki sposób są połączeni z głównym bohaterem? Co mają wspólnego ze złotym krzyżem, nad utratą którego Marco tak strasznie ubolewa? Poznajemy odpowiedzi na te pytania, ale są one nader mętne... W sumie sami musimy się domyślić większości z nich, ponieważ wątpliwy talent narracyjny Andolfiego bardzo opornie naprowadza nas na właściwą drogę.

  Kulawa, pełna dziur historia całkowicie wystarcza, by obrzydzić seans, całości jednak dopełnia niepożądana "wisienka na torcie" - niewybaczalnie uboga charakteryzacja i nieporadnie nakręcone sceny akcji. W La croce dalle sette pietre pojawia się naprawdę wyjątkowy antagonista: wilkołakopodobne monstrum... A właściwie świecący gołymi pośladami facet ze skołtunioną sierścią na twarzy, rękach i przyrodzeniu, który do tego wydaje z siebie dźwięki wystraszonego chomika (warto zaznaczyć, że opis ten nie jest, o zgrozo, ani przesadą, ani koloryzacją). Temu pociesznemu straszydłu przychodzi skonfrontować się z jednym z bossów camorry oraz jego sługusami, co prezentuje się skrajnie błazeńsko - delikatnie przykładanym do twarzy pięściom towarzyszą efekty dźwiękowe rodem z filmu z Brucem Lee, ludzie praktycznie sami rzucają się na ściany (choć teoretycznie rzuca nimi potwór), a meble roztrzaskują się, zanim porządnie się nimi uderzy. Ze scenami gore (znalazło się miejsce na parę) wcale nie jest lepiej; możemy zapomnieć o płynności czy realizmie, gdyż unicestwiają je toporne cięcia montażowe, po których na twarzach aktorów nagle przybywa zdecydowanie zbyt wiele niewymyślnej charakteryzacji.




  W La croce dalle sette pietre naprawdę trudno doszukać się czegoś, co można by pochwalić. Reżyser jednak najwyraźniej miał o swoim dziele przeciwne zdanie, jako że uznał, iż światu przyda się jeszcze reedytowana wersja, zatutułowana Talisman (1995), oraz średniometrażowy sequel - Riecco Aborym (2007)... Jakość obu tych filmów oczywiście jest porównywalna do karygodnego pierwowzoru. Jeśli ciekawość to Wasze drugie imię i nie boicie się otworzyć umysłu na przysłowiowe "dno, muł i wodorosty", być może będziecie w stanie zbyć śmiechem niesmak, jaki towarzyszy seansowi obrazu Andolfiego. W innym wypadku postąpicie mądrze trzymając się od niniejszej produkcji z daleka.

~~~

Powyższa recenzja znajduje się również na filmweb.pl (link).
Zapraszam do śledzenia mojego profilu na portalu.

Komentarze

Najczęściej czytane posty