czwartek, 28 kwietnia 2016

Reanimator (Re-Animator) (1985)

  Filmowe wersje znanych i kochanych dzieł literackich często dostają cięgi, albo za niewystarczające oddanie klimatu pierwowzoru i "profanację", albo przeciwnie - za zbyt wierne odtworzenie oryginału i "brak innowacyjności". Naprawdę niełatwo jest zadowolić żarliwych, wieloletnich wielbicieli jakiegokolwiek kultowego pisarza, a co dopiero jeśli chodzi o Howarda Phillipsa Lovecrafta... Technika narracji, styl wypowiedzi i, przede wszystkim, niecodzienna umiejętność niepokojenia czytelnika subtelnie konstruowaną grozą uczyniły prozę samotnika z Providence niezwykle trudną do przeniesienia na ekran w formie, która przypadłaby do gustu zarówno widzom zaznajomionym z jego pracami, jak i laikom. Jednak Stuartowi Gordonowi, namiętnemu adaptatorowi twórczości Lovecrafta, ta prawie niemożliwa do wykonania sztuka w pełni się udała, i to kilkakrotnie, czego najoczywistszym przykładem jest słynny w kręgach maniaków kina gore Reanimator.

  Dan Cane (Bruce Abbott) jest zdolnym, ambitnym studentem medycyny, cieszącym się uznaniem profesorów, spełnionym w życiu prywatnym... Wydaje się, że nic nie może zmącić mu niemalże idealnego spokoju, dopóki nie zamieszkuje z nim kolega z roku - Herbert West (Jeffrey Combs). Ekscentryczny współlokator w poważaniu ma wszelkie autorytety naukowe, a całą swoją medyczną wiedzę poświęca jednemu celowi - ożywianiu zmarłych.


video

Reżyseria: Stuart Gordon
Produkcja: Brian Yuzna
Scenariusz: Stuart Gordon, William J. Norris, Dennis Paoli
Bazowany na: H. P. Lovecraft, Herbert West - Reanimator

Obsada: Bruce Abbott, Barbara Crampton, David Gale, Robert Sampson, Jeffrey Combs
Muzyka: Richard Band
Wytwórnia: Empire Pictures, Re-Animator Productions
Dystrybucja: Empire International Pictures, Re-Animator Productions
Premiera: 18 października 1985 (świat)
Kraj: USA
Czas trwania: 86 minut (unrated theatrical cut), 104 minuty ("integral cut")


  Opowiadanie, na jakim bazowany jest film (Herbert West - Reanimator) zostało zainspirowane Frankensteinem Mary Shelley, z czym Lovecraft wcale się nie krył, lecz abstrahując od oficjalnej deklaracji, skojarzenia nasuwają się same - szalony naukowiec, obsesyjnie dążący do całkowitego opanowania opracowanej samodzielnie metody przywracania życia nieboszczykom, brzmi aż nazbyt znajomo. W odróżnieniu jednak zarówno do Shelley, jak i do Lovecrafta, Gordon do tematu podszedł lekko, swojemu dziełu nadając postać przyjemnej w odbiorze czarnej komedii, która mimo bardzo wyraźnej nuty humorystycznej i sporej dawki dystansu, w powodzeniem broni się również jako pełnokrwisty horror.



  W Reanimatorze nie ma patyczkowania się, o czym przekonujemy się już podczas kilkuminutowego wstępu do właściwych wydarzeń. Akademia medyczna w Zurychu - dwóch stróży prawa wyważa drzwi, zza których dochodzą przyprawiające o gęsią skórkę krzyki. Na środku pokoju klęczy chudy mężczyzna w okularach, Herbert West, pochylając się ze strzykawką w dłoni nad zsiniałymi zwłokami starszego człowieka... A zwłoki te wiją się wściekle i wydają z siebie głośne jęki. Po krótkiej szarpaninie gałki oczne denata nabrzmiewają krwią, po to, by za chwilę eksplodować niczym podgrzewane w kuchence mikrofalowej jajka. Chociaż w tym momencie nie wiemy jeszcze dokładnie, czym zostaniemy uraczeni w późniejszych etapach seansu, jedno jest pewne - będzie trupio. Bardzo trupio.


  Dalej akcja nieco zwalnia - potrzebuje odrobiny czasu, aby rozkręcić się do maksimum. Po uderzającym groteską prologu przenosimy się do szkoły medycznej Miskatonic w Arkham, gdzie wreszcie zostają nam oficjalnie przedstawieni główni bohaterowie, czyli pilny student Dan oraz nowo przybyły West, o nietypowych zainteresowaniach którego mieliśmy już przyjemność przekonać się parę minut wcześniej. Niesubordynowany naukowiec oczywiście wciąż pracuje nad swoim odkryciem... Jego fascynacja śmiercią, albo raczej możliwością jej przerwania, udziela się widzowi. Gordon doskonale wiedział, w jakich odstępach wydzielać kolejne punkty kulminacyjne, żeby skutecznie przykuć nas do fotela - bez dłużyzn pomiędzy, najpierw są eksperymenty na zwierzęciu, potem przerażenie Dana coraz śmielszymi planami Westa, a ostatecznie testy na ludzkich zwłokach. Urok filmu nie tkwi jednak tylko w fabule, lecz także w całej oprawie audiowizualnej, epatującej klimatem grozy na tyle namacalnym, że nie sposób jest nim nie nasiąknąć, chociażby w minimalnym stopniu. Dynamiczna muzyka podtrzymuje napięcie, dodatkowo je potęgując dokładnie tam, gdzie trzeba, a jeśli chodzi o zdjęcia, reżyser postawił na dość surową atmosferę, bez zbędnych ozdobników, i nie marnował cennych sił i finansów na takie "błahostki" jak operatorska doskonałość. Gwóźdź programu stanowi tutaj podstylizowana brzydota, idealnie oddana za pomocą pierwszorzędnych efektów praktycznych.




  Zagadnienie życia i śmierci oraz procesy, jakim podlega nasze ciało po wyzionięciu ducha, od zawsze fascynowały, fascynują i fascynować będą, dlatego też takie utwory jak wspomniany wcześniej Frankenstein czy Smętarz dla zwierzaków Stephena Kinga, w których to, co powinno leżeć i gnić, chodzi sobie swobodnie wśród nas, zawsze będą robić na odbiorcach trwałe wrażenie. W przypadku literatury zasadnicze znaczenie mają sugestywne opisy oraz wyobraźnia czytelników, a w kinematografii istotna jest odpowiednia wizualizacja makabry. John Naulin, spec od charakteryzacji, i Gordon podczas pracy przy Reanimatorze wzorowali się na zdjęciach prawdziwych nieboszczyków oraz na treści podręcznika medycyny sądowej, aby jak najwierniej odtworzyć różne stopnie zasinienia zwłok... Rezultaty, jakie możemy podziwiać na ekranie, nie zawsze powalają realizmem (zwłaszcza w przypadku zbyt jaskrawego koloru sztucznej krwi, której wykorzystano aż dwadzieścia cztery galony), ale mimo tego wysiłek twórców przyniósł niesamowicie obfite plony - gadająca głowa wraz ze zdekapitowanym ciałem do pary niewątpliwie zaliczają się do najumiejętniej wykonanych efektów specjalnych, jakie można zobaczyć w filmie grozy lat 80. XX wieku.



  Reanimator słusznie uważany jest nie tylko za jedną z najlepszych Gordonowskich adaptacji Lovecrafta, lecz także za kultowy horror - pozycję obowiązkową dla każdego pasjonata obrazów gore. Jest to prawdziwa perełka klasy B, umniejszająca swoje niedociągnięcia techniczne niepokojącym klimatem, wszechobecną groteską, humorystycznym podejściem do tematu oraz wysokim poziomem krwistości. Jeśli tylko nie macie nic przeciwko uśmiechaniu się na widok makabry, która w życiu rzeczywistym przyprawiłaby o odruch wymiotny największego twardziela - niniejsze dzieło jest dla Was stworzone.

~~~

Powyższa recenzja znajduje się również na filmweb.pl (link).
Zapraszam do śledzenia mojego profilu na portalu.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz

Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...