Minirecenzja: Blade Runner 2049 (2017)

Reżyseria: Denis Villeneuve
Produkcja: Andrew A. Kosove, Broderick Johnson, Bud Yorkin, Cynthia Sikes Yorkin
Scenariusz: Hampton Fancher, Michael Green
Bazowany na: Philip K. Dick, Czy androidy śnią o elektrycznych owcach?
Obsada: Ryan Gosling, Harrison Ford, Ana de Armas, Sylvia Hoeks, Robin Wright, Mackenzie Davis, Carla Juri, Lennie James, Dave Bautista, Jared Leto
Muzyka: Hans Zimmer, Benjamin Wallfisch
Wytwórnia: Alcon Entertainment, Columbia Pictures, Scott Free Productions, 16:14 Entertainment, Thunderbird Entertainment
Dystrybucja: Warner Bros. Pictures (Ameryka Północna), Sony Pictures Releasing (świat)
Premiera: 6 października 2017 (Polska); 3 października 2017 (świat)
Kraj: Kanada, USA, Wielka Brytania
Czas trwania: 163 minuty


  Od egzystencjalnych dylematów Ricka Deckarda minęło 30 lat. Polowaniem na replikantów nadal zajmują się Blade Runnerzy, a że technika poszła do przodu, są to modele ulepszone (czyt. bezwarunkowo posłuszne człowiekowi). Jeden z nich - niejaki K (Ryan Gosling) - po wykonaniu zlecenia przez przypadek odkrywa tajemnicę, która może zatrząść światem - nie tylko tym syntetycznym.


  Łowca androidów powrócił. Tym razem bez Ridleya Scotta, za to z Denisem Villeneuve'em. Mniej niejednoznaczny i bardziej blockbusterowy, lecz równie wciągający i wizualnie hipnotyzujący. Oprócz klaustrofobicznych ujęć wielkiej metropolii swoją cegiełkę do wszechogarniającej atmosfery zamknięcia dokładają szerokie kadry ukazujące bezkresy opuszczonych miast i wymizerowanej natury - skąpane we mgle, zrujnowane, martwe. Scenarzyści prowadzą widza za rękę zarówno wąskimi, przeludnionymi ulicami, gdzie z każdej strony napierają wieżowce i holograficzne reklamy, jak i poprzez złomowiska, gdzie królują zbóje. W Blade Runner 2049 próżno szukać aluzji delikatnych niczym papierowa figurka jednorożca, zamiast tego mamy przesłanie wyłożone z subtelnością ciosu łopatą w głowę. Dzieło Villeneuve'a jednak nie będzie zrozumiałe dla wszystkich - na pewno dużo stracą ci, którzy nie zetknęli się z oryginałem, jako że wiele fabularnych wątków krąży wokół wydarzeń z Łowcy adroidów (1982), a wszelkie wyjaśnienia ograniczono do niezbędnego (i niewystarczającego) minimum. Podczas seansu filmu, wyraźnie skierowanego głównie do sentymentalnych, bardziej od ogólnej realizacyjnej nowoczesności (w tym bezbłędnych efektów specjalnych) pieści zmysły ta nieuchwytna kameralność, która zachwyca w obrazie Scotta i która niestety w XXI-wiecznym, wysokobudżetowym science fiction jest niezwykle rzadkim okazem.



***

Komentarze

  1. Sentymentalnych, nie sentymentalistów ;)
    Stary przypomniany, na dniach idę do kina na nowego.

    OdpowiedzUsuń

Prześlij komentarz

Najczęściej czytane posty