Z.P.G. (Zero Population Growth) (1972)

  W świecie, gdzie wszelkie zasoby naturalne już dawno zostały wyeksploatowane do cna, a gęsty, biały smog ogranicza pole widzenia praktycznie do zera, rosnące przeludnienie jest powodem niedoboru pożywienia, tlenu i wolnych terenów do zagospodarowania. Aby zapobiec wyginięciu gatunku ludzkiego, ziemski rząd wydaje edykt całkowicie zakazujący rozmnażania się przez następne trzydzieści lat. Mimo że nie podporządkowanie się surowemu rozporządzeniu jest natychmiastowo karane śmiercią, Carol McNeil (Geraldine Chaplin) i jej mąż Russ (Oliver Reed) decydują się podjąć ryzyko.

  Ciągnący się od lat 50. kolektywny niepokój związany z ewentualnymi skutkami szybkiego przyrostu naturalnego wzmógł się w 1968, kiedy to Paul R. Ehrlich wydał osławione The Population Bomb. Autor przybierając zgoła alarmistyczny ton zapowiedzial na lata 70. i 80. masowy głód oraz inne katastrofy mające wyniknąć z "demograficznej eksplozji", przez co spotkał się i wciąż spotyka z ostrą krytyką: wówczas za "sianie panikarstwa", a dziś - na szczęście już tylko w konsekwencji błędności jego twierdzeń. Jednak przyjmując, że nastroje społeczne zawsze odbijają się na twórczości żyjących w danych czasach artystów, kontrowersyjna działalność literacka Ehrlicha pozostawiła po sobie więcej dobrego aniżeli złego. To właśnie na jej tle bowiem powstały takie dystopijno-postapokaliptyczne perełki jak seria Planeta małp (1968 - 1973), THX 1138 (1971) czy nieco mniej znana Zielona pożywka (1973). Z.P.G. (Zero Population Growth) reżyserii Michaela Campusa - jedyny film oficjalnie zainspirowany The Population Bomb - zrealizowany został z dużo mniejszym rozmachem (zarówno formalnym, jak i merytorycznym), w czym zapewne należy dopatrywać się powodów jego niesłusznego odejścia w zapomnienie.


  Niskobudżetowość produkcji daje o sobie znać już od pierwszych scen. Jednak równie wyraźnie można dostrzec godną pochwały zmyślność twórców, którzy optując za stylistycznym minimalizmem skutecznie zamaskowali granicę, gdzie kończą się wymogi scenariusza, a zaczynają finansowe ograniczenia. Wszechobecna sztucznie wygenerowana mgła jest idealną wymówką, by pominąć widoki zmarnowanego, przeludnionego miasta, lecz tak naprawdę nic straconego, gdyż ta sama mgła pogłębia ogólną atmosferę przygnębienia i poczucie alienacji, jakie staje się udziałem dwójki bohaterów. Warunki panujące w przedstawionym na ekranie dystopijnym społeczeństwie tłumaczą ozczędny wystrój sklepu, gdzie pary spragnione rodzicielskich doznań mogą adoptować gadające lalki zaprojektowane tak, by jak najbardziej przypominać żywe dzieci; muzeum, gdzie zwiedzający mogą podziwiać wypchane okazy takich wyginionych gatunków jak pies, kot czy gołąb, przytłacza melancholijną aurą pomimo - lub właśnie dzięki - anemicznej scenografii.

  O ile spartański charakter wizualnej strony obrazu jest całkowicie uzasadniony, przesłania, jakie kryją się za prostą fabułą, oraz kierunek, w jakim rozwija się ta fatalistyczna opowieść, pozostawiają całkiem sporo do życzenia. Identyfikować się z głównymi bohaterami możemy bowiem wyłącznie wówczas, gdy podzielamy opinię, iż chęć posiadania potomka jest w człowieku silniejsza nawet od instynktu przetrwania i zdrowego rozsądku. Z tym przekonaniem związana jest też przewidywalność dzieła Campusa – biorąc pod uwagę obraną przez scenarzystów drogę, której ci trzymają się zresztą kurczowo do samego końca, oczywista jest zwłaszcza ukazana kikakrotnie reakcja otoczenia na nielegalne dzieci. Możecie więc próbować się domyślać, jak mogliby się zachować stęsknieni tupotu małych stópek znajomi na wieść, że tuż obok nich przebywa najprawdziwsze niemowlę, a na pewno przynajmniej otrzecie się o filmową rzeczywistość. Od motywu przewodniego, którego mimo wszystko na wszelki wypadek nie opiszę dokładniej, dużo ciekawiej prezentuje się wizja nie tyle zaciętej rywalizacji, co niezrozumiałej złośliwości i trawiącej zazdrości, czyli popularnego - o zgrozo - pragnienia, by sąsiadowi zawsze powodziło się gorzej.



  Zakończenie Z.P.G. - w swej ironii napawające pewnego rodzaju nadzieją - na szczęście również można z czystym sumieniem zaliczyć do plusów produkcji. Zatem mimo że seans nie jest nad wyraz porywający przez większość czasu jego trwania (a już na pewno nie w sposób, którego zapewne oczekują koneserzy bardziej współczesnego kina), dostarcza wystarczająco dużo frapujących tematów do przemyśleń, aby warto było choć raz rzucić okiem na tę pozycję... bo przykurzone opakowanie nie oznacza przecież zepsutej zawartości.

~~~

Powyższa recenzja została opublikowana również na filmweb.pl (link).
Zapraszam do śledzenia mojego profilu na portalu.

Komentarze

Najczęściej czytane posty